Wałęsa w Kolonos czyli niezgoda na polski gen destrukcji

C:\Users\Lenovo\Desktop\Walesa_do_pobrania\Walesa-7fot.Monika_Stolarska.jpg

Najpierw przeczytałem tragedię Sofoklesa, a właściwie przypomniałem sobie trylogię poświęconą Edypowi: Król Edyp, Edyp w Kolonie i Antygonę. W trzeciej części już nie ma Edypa, ale są jego dzieci; co ciekawe, to dramat najbardziej chyba znany, bo mówiący o konflikcie prawa państwowego z powinnością serca.

Któż tego dylematu nie rozwiązywał w szkolnych opracowaniach? Tak przynajmniej bywało, gdy ja chodziłem do PRL-owskiej szkoły. Dzisiaj zdaje się ważniejsza jest sprawność w rozwiązywania testów niż rozstrzyganie dylematów moralnych.

Autor scenariusza Jakub Roszkowski nawet nie udawał, że nawiązuje do tekstu Sofoklesa. Poza imionami nie pozostało nic z greckiego mitu; no, może jeszcze nieubłagana perspektywa śmierci głównego bohatera, która też nadchodzi. Tak więc jesteśmy w dzisiejszej Polsce, a nie w Kolonos, dzielnicy Aten. Paradoksalnie Roszkowski wszedł głębiej w ducha greckiej tragedii, niż by się mogło wydawać. Bo przecież cały urok jej odbioru polegał na tym, że współcześni dramaturgom (nie tylko tym największym Ajschylosowi, Sofoklesowi i Eurypidesowi) doskonale znali fabułę mitów i nie ona ich ciekawiła. Najważniejszy był sposób przedstawienia tego, co wszyscy wiedzieli, a przyjemność czerpali z porównania własnej wersji z tą zaproponowaną przez dramaturga.

Podobnie stało się w spektaklu wyreżyserowanym przez Bartosza Szydłowskiego. Widz nie tylko świetnie zna biografię Wałęsy, ale ma też własne zdanie na jej temat. Co więcej zna cały szereg wzajemnie się wykluczających interpretacji. Właściwie Wałęsa nie jest mu do niczego potrzebny. Tak jak Edyp Kreonowi. On już powinien dawno odejść. A właściwie najlepiej by zrobił, gdyby odszedł zaraz po zabiciu czerwonej bestii.

Wałęsa zdaje się podzielać to zdanie. A jednak uparcie żyje i jedyne, co ma do zaproponowania oskarżycielom i pochlebcom to właśnie prawdę o własnym życiu.

Nie jest to wcale mało. Bo samo życie ma wartość, której nie zakrzyczy nawet najbardziej utalentowany demagog i służące mu z oddaniem media i rzesza historyków. Zbiorowy wysiłek propagandy zderza się ze świadkiem historii. Na szczęście nie jest on sam. Cały czas milcząco towarzyszy mu Danuta-Atena. Ona ma mądrość, której nikt jej nie odbierze. Ona nie musi o nic i z nikim walczyć. Ona swoje wie. Obserwując jej milczącą obecność wiemy, że to dzięki takim jak ona świat trwa. To wrażenie zostało spotęgowane jej słowami (gdy już po scenicznej śmierci Wałęsy) odzyskała mowę. Trudno doprawdy było odróżnić, kiedy mówi jeszcze ziemska Danka a zaczyna boska Atena. A może w genialnym połączeniu tych dwóch porządków usłyszeliśmy coś, czego nie potrafił wyartykułować Wałęsa-Edyp?

No i jest jeszcze chór, wcale nie niemy świadek. Trafnie artykułuje emocje społeczne. Mocno je nazywa. Nie jest to prawda pochlebna dla naszego polskiego społeczeństwa. Sporo w niej gorzkiej mądrości. Roszkowski ma słuch i wychwytuje to, co suweren ma do powiedzenia. Nie są to prawdy schlebiające wodzom. Owszem przypominają, że łaska suwerena na pstrym koniu jeździ. I wcale nie ma powodów do radości, jeśli akurat w tej chwili to mnie ona uskrzydla, by przy następnych wyborach może się okazać, że wybór padnie na rywala.

Doskonale rozumieją to głównie pretendenci do schedy po Edypie i w ostatniej scenie o mało się nie pozabijają, zachwalając swój własny ogon. Zastanawiałem się, ile w tej scenie jest przesady teatralnej – a ile przenikliwej diagnozy obecnego języka politycznego.

C:\Users\Lenovo\Desktop\Walesa_do_pobrania\Walesa-1fot.Monika_Stolarska.jpg

Na stronie teatru Łaźnia nowa przeczytałem: „Nasze studium jest zapisem poszukiwań innego wymiaru niż polityczny spór. Tragedia grecka. Chór. Mit. Śmierć. Błoto. Naiwność. Dziecko. Nieoczywistość. Gest. Szara strefa świadomości. Mieszkańcy dzielnicy. Edyp w Kolonos – wielki król i grzesznik u kresu swych dni. Niezgoda na polski gen destrukcji, na zacietrzewienie i brak miłosierdzia. Na klątwę tebańską, którą w Polsce jest zalewająca nas nienawiść. Ulepieni z małostkowości tracimy to, co może nas budować i nieść w górę. Wybieramy wspólnotę goryczy i pyszałkowatości, by tylko przez chwilę poczuć się lepszym”.

Wszystko się zgadza. To drapieżna, przenikliwa – i niestety trafna – diagnoza naszych zbiorowych zachowań. A jednak teatr nie poprzestaje przecież na diagnozie. Już Grecy to wiedzieli, że uczestniczenie w spektaklu ma walor oczyszczający – katharsis. Tego doświadczyłem w ciągu tych 75 minut.

Duża w tym zasługa całego zespołu, a nie tylko Jerzego Stuhra, który stworzył swoją kolejną wielką rolę wodzireja. Zmieniły się dekoracje, a wodzirej znowu pozostał sam. Film Feliksa Falka Wodzirej z 1977 roku był wielką metaforą Polski lat 70., Wałęsa w Kolonom jest podobną metaforą Polski czasów PiS-u. Tamta przeszła do historii również dzięki Lechowi Wałęsie. Czy uda mu się ta sztuka po raz drugi?

avatar


Stanisław Obirek

Profesor


Polski teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita.

Print Friendly, PDF & Email