Indyk a sprawa polska

Dzień amerykańskiego indykobójstwa nazwany świętem dziękczynienia według luźnej anegdoty o pokojowej kolacji angielskich kolonialistów z miejscowymi Indianami (w przerwie ich zabijania), w świecie nowoczesnym z godzeniem się nie ma nic wspólnego. Nawet wzajemne dziękowanie sobie przy stole stało się niemodne (sztuka oratorska wymiera), dla armii wędrowców na te coroczne (na szczęście!) spotkania z oddalonymi nieraz o setki mil, rodzinami, „Happy thanksgiving” znaczy : „podeżryj u rodziny ile wlezie”, a o północy idź do sklepu na zaczynający się już o pierwszej w nocy „czarny piątek” i kup za połowę ceny co ci jest niepotrzebne, a następnego dnia wróć do sklepu i zamień to na coś równie niepotrzebnego.

Tylko raz w historii amerykański prezydent zorientował się w głębokiej metaforze święta dziękczynienia: w środku rzeźni wojny domowej, Abraham Lincoln w swoim orędziu wezwał obie strony do dziękczynnego stołu, aby spróbowały pojednania. Autorem tego pomysłu była pewna kongresmenka, która potem do końca życia wzywała innych amerykańskich prezydentów do takiej proklamacji, ale żaden z propozycji nie skorzystał.

Aż doczekaliśmy się prezydentury Wielkiego Kłamcy, który w swojej indyczej przemowie nie tylko nie zaproponował Amerykanom dogadania się w sporze ideologicznym, jakiego ten kraj od czasu wojny domowej nie doświadczył, ale puścll w eter kłamstwo, które przeszło wszystkie dotychczasowe.

Według tego igrającego z ogniem awanturnika, który poza wybraniem się na następne cztery lata nie ma dla kraju żadnej wizji („Über alles” trudno nazwać programem), poćwiartowanie saudyjskiego opozycjonisty- dziennikarza w saudyjskim konsulacie w Turcji przez piętnastu laborantów śmierci, którzy przylecieli prywatnym samolotem, a wylecieli po zmyciu podłogi z krwi i odparowaniu ciała i kości w wypełnionych chemikaliami kadziach, „mogło, ale nie musiało nastąpić za wiedzą następcy tronu, który podobnie jak on, Trump, jest oburzony tą zbrodnią”. Według CIA – musiało. Według mnie: jedyną reakcją powinno być odwołanie saudyjskiego ambasadora.

„Gdybyśmy zerwali stosunki z Arabią Saudyjską”, mówi swoim żołnierzom wysłanym na granicę meksykańska, żeby jak będzie trzeba strzelać do uchodźców, to się będzie, „to pozostaniemy w świecie sami, bez sojuszników”.

Bez sojuszników? A Polska?

Pan Morawiecki zaciera ręce: z władzą można zrobić co się chce, byle wygrać wybory. Potem będzie coraz łatwiej wybić się na nowe wyżyny kłamstw, bo jak powiedział tatuś, prawo prawem, a liczy się wola narodu.

avatar


Marian Marzyński


Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta


Mieszka stale w USA.  
Autor książek „Sennik polsko-żydowski” (WAB 2004) i „Kino -ja” (UNIVERSITAS 2017) 
Witryna autora

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email