Chichotki spod znaku piłki

ECHA WYDARZEŃ: Dość dawno zacząłem w ECHACH od czasu do czasu dawać wpis pt. CHICHOTKI. Dziś mnie znów naszło. Gdy człowiek w kuracji – jakoś musi się rozerwać…

Stefan G. to kumpel ze studiów i w zawodzie. Na UW wraz z Mejerem i Dąbrowskim tworzyliśmy zespół rewelersów. Nawet miał branie, choć śpiewać prawdziwie to potrafił tylko Jurek Dąbrowski, z czasem sława Muzyki i Aktualności.

Potem Stefan szedł barwną drogą, Przez szpalty, szefowanie „Piłce Nożnej”, tworzenie „Magazynu Olimpijskiego”, sprawowanie ważnych funkcji w ważnych związkach sportowych.

Dziś metryka przesunęła nas obu na ubocze; z tym, że Stefan jest w Kapitule Odznaczeń PKOl. Co daje mi jakąś szansę, że może kiedyś echa ech trafią do olimpijskiego pałacu… Ale – nie po to piszę. Dla cierpliwych Czytelników i … z grafomańskiej pasji…

Otóż po przegranym meczu z Czechami Stefan zadzwonił z żartobliwym (z tonu wyczułem, że nie tylko) pytaniem: Ty pewnie bardzo nie lubisz piłki nożnej. Dlaczego? Że nie kolarstwo, nie boks, nie lekka”?

Cofnąłem się w głąb pamięci by poszukać potwierdzenia albo zaprzeczenia. Znalazłem – drugie.

***

Z czasów „juniorskich” zostały mi dwa zdjęcia. Zespół dziennikarzy sportowych (Stefan jest!) przed meczem z aktorami. Pamiętam. W pierwszym – drużyna aktorska miała sławy. Dymsza, Makuś Łącz – człowiek sceny i wielkich boisk, we wsparciu – kilku oldbojów Polonii. Szybko wyczułem brak szansy – dałem się kopnąć mistrzowi Szczepaniakowi i godnie poszedłem do szatni. Na meczu z drugiej fotki sława do mnie też nie przyszła… Ale bliski kontakt z piłką udowodniony?

***

Przed meczem chorzowskim z ZSRR szef posłał mnie do Krakowa. Po wywiad z Tadeuszem Parpanem, futbolistą przesławnym od lat. Gdy szliśmy do kawiarni właściwie zakładanie czapki nie miało sensu. Tak często „Kraków” kłaniał się swojemu idolowi, a szczawik z Warszawy szybko zorientował się, z kim ma honor…

  • I potem ten Chorzów. Dymiący najpiękniejszym sportem, aspiracjami. 2:1. Byłem wśród tak zapamiętale wiwatujących na cześć Gerarda Cieślika, że – zabij, a szczegółowego obrazu gry z pamięci nie wydobędę.

Potem zdarzyło mi się coś podobnego na Wembley. Chciałem wszystko z huczącego stadionu zanotować, więc też wypełniałem krzyżykami pozycję „rzuty rożne”. W pewnej chwili miejsca zbrakło, bo Anglicy tyle razy próbowali… Na szczęście porządkowanie rachunku było dziesięciorzędne wobec faktów układających się w sukces…

  • Wembley jeszcze coś miłego we wspomnieniach zostawiło. Mieszkałem razem z ekipą w pensjonacie rodaka. Nie żaden tam Rubens, Hilton, Hyatt…. Za dziennikarską dietę noclegową tamtych czasów to pewnie można było tam… posiusiać. I jechałem na mecz razem z drużyną, tym samym autobusem przeciskającym się przez tłum. Zadni ochroniarze, żadne wewnętrzne bariery… Tego to dzisiejsi mogą mi pozazdrościć, jak ja wtedy mogłem tylko śnić o komórce, laptopie, funduszach na telefon… Do ostatniego kiedyś wrócę…
  • W Atenach odbywały się lekkoatletyczne mistrzostwa Europy. Dla nas przerywnikiem był pucharowy mecz zabrzańskiego Górnika z Olimpiakosem. Ale grali ci chłopcy z Zabrza! Gdy prowadzili 2:0 wydawało się, że pachnie dwucyfrówką. I wtedy… odpuścili, a gospodarze wyciągnęli na remis, i jeszcze postraszyli… To, że rewanżu było 5:0 mało już znaczy, wobec nauki dla młodego dziennikarza – iż „piłka jest okrągła a bramki są dwie…”
  • O zbliżonej godzinie Janek Szczepański walczył w Monachium o olimpijskie złoto, a piłkarze o prymat. Ciągnęliśmy z Szefem zapałkę, kto – gdzie? Mnie los posłał pod dach, Szef się trochę sfatygował, bo chyba mżyło… Ale podziwiając Janka, via telewizor kibicowałem aktowi narodzin drużyny Kazimierza Górskiego… Wody odeszły, potomek był piękny…
  • Za to cztery lata później, w Montrealu opisywałem mecze murowanego faworyta, który, został przy srebrnym medalu. I nastrój był jakiś inny – już opierzonym mistrzom zaczęły się śnić kariery w zagranicznych klubach, gdzie nie zamożność, a bogactwo na nasze warunki było osiągalne… a Pan Kazio … Cóż, mówił nam coś o profesorach, którym się w głowie przewraca … a potem po męsku spasował. Odrodził się w Grecji i jeszcze sławę pomnożył… Za to też pamięć o NIM kocham. Że umiał świetni znaleźć się w każdej sytuacji.
  • Nam lata przyszło czekać na olimpijski medal. Objawił się dopiero w Barcelonie. W srebrze. W oprawie takiego stadionu, jakiego wcześniej chyba nie widziałem. Spotkałem Mariana Renkego – ambasadora, który kiedyś dowodził europejską organizacją olimpijską. Ostatni raz. Dobrze wspominam spotkania, które przyzdabiał sobą (z synkiem) p. Zbigniew Niemczycki – wtedy szef fundacji piłkarskiej. Można było popytać i pogadać. Andrzej Juskowiak (dziś TVP) dawał ciekawe komentarze, a wkrótce miał zacząć grać w Sportingu, więc był temacie iberyjskim oblatany… Jerzy Brzęczek grał w tej srebrnej drużynie…

Gdzieś w tle była obawa o badania antydopingowe, przed wyjazdem zabrzmiał sygnał o jakimś kontakcie z czymś, co niewskazane. Może to sprawiło, że był czas na eliminacje znaków zapytania. Igrzyska były czyste, a wprawdzie, co wcześniej jeszcze długo analizowano, ale już tylko z rozpędu…

Opisywałem narodziny medalu. Nie podejrzewając, że potem na długo olimpijskie wydanie futbolu olejemy.

Kiedy, Stefanie, ktoś z naszych następców będzie miał do czynienia z finałem olimpijskim? Coś jak z „moim” boksem. Było – nie ma. Ani wyników, ani ochoty; na mój gust nie ma nawet w doktrynie.

  • Miałem też do czynienia z piłką jako szef małego zespołu redakcji sportowej. Czasem w formie zapamiętanych anegdot. Otóż raz sumienny kolega dowiedział się, że mecz z Anglią nawiedził przesławny Sir Alf Ramsey. Namierzył na trybunie faceta, którego uznał za dostojnego gościa, zagadnął nadwiślańską angielszczyzną, odebrał jakąś opinię, zapisał, ubarwił nią sprawozdanie. Tyle, że Sir Alf był wtedy na Wyspie… Po dziś wiem, kto koledze zrobił taki numer…
  • Futbol szedł też blisko, gdy społecznie pełniłem funkcję doradcy prezesa, dziś byłoby ministra sportu. Był w Otwocku mecz dwóch zespołów poselskich. Taka zabawa w sport. Poseł minister też miał kopać. W ekipie – jeszcze z Marianem Woroninem, który tez doradzał, pojechaliśmy. Szef sobie biegał za piłką a myśmy słuchali opowieści spikera. „Kierowniczką naszego zespołu” była przeurocza posłanka. Uroda wzrok każdego faceta przykuwająca. Spiker też postanowił dać głos: „Niech pani poseł doradzi temu…. tu nazwisko, żeby lepiej pokrył…” – tu też dostojne, parlamentarne nazwisko…

***

Tu finałowa prośba – Drogi Stefanie, by nawet w żarcie mi nie sugerować, że piłka to nie ja, i dlatego bywam krytyczny, gdy w przewadze są wyrozumiali. Krytyczny bywam, bo dbam o jakość tego największego z teatrów teatru i byle czego nie uznam za ucztę.

Pójdę krok dalej. Powiem Ci, że to 1:1 z Portugalią, co tylu w komentarzach ocenia jako jaskółkę przełamania – średnio mnie podnieca. Prawda, że nie smuci, bo remis z taką firmą w jej czterech ścianach jest dużo lepszy od porażki, nawet w dobrym stylu. Ważne są też skutki dotyczące pozycji w tzw. koszykach, ale stylowo to mecz bardziej mnie nużył niż podniecał. Nawet się dziwiłem, że dał komentatorom impulsy do takiego gadulstwa. Iż… W gazetach mięliśmy takie określenie – „wierszówka” – pamiętasz? W TV od słowa płacą?…

avatar

Autor
Andrzej Lewandowski

Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”


Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email