Zbigniew Szczypiński: No to po całości

Polecamy Rozmaitości Zbigniew Szczypiński

23.08.2020

Przeczytałem w SO jak zawsze ciekawy tekst Jerzego Łukaszewskiego „Życie jak w bajce” o tym, jak pamięta on sierpniowe dni 1980 roku. Autor, jak pisze, przeżywał je w Gdyni. Tam strajkowała Stocznia Gdyńska, imienia Komuny Paryskiej dodajmy. Gdynia dołączyła do strajku, jaki zaczął się 14 sierpnia w mojej stoczni, Stoczni Gdańskiej im Lenina.

Ten strajk, trzydniowy, którego bezpośrednim powodem było bezprawne zwolnienie Anny Walentynowicz, będącej w okresie ochronnym związanym z terminem jej przejścia na emeryturę, zakończył się po trzech dniach. W sobotę, 16 sierpnia Lech Wałęsa, przywódca strajku ogłosił jego zakończenie w związku z tym, że strajk, jego zdaniem, odniósł pełen sukces. Dyrekcja stoczni spełniła wszystkie żądania strajkujących, w tym powrót do pracy Anny Walentynowicz i przyjęcie do pracy Lecha Wałęsy oraz znaczące podwyżki dla całej załogi rekompensujące zapowiadany wzrost cen artykułów spożywczych.

Wezwana przez Lecha Wałęsę załoga po trzech dniach strajku okupacyjnego opuściła stocznię. Prawda: nie wszyscy. Oprócz tych, których praca wiąże się z zabezpieczaniem ciągłości pracy niektórych stoczniowych obiektów, na wezwanie głównie kobiet biorących udział w trzydniowym strajku takich jak Alina Pieńkowska – pielęgniarka ze stoczniowego szpitala, w stoczni pozostało kilkaset osób, w tym komitet strajkowy z Lechem Wałęsą.

Przez sobotę i niedzielę trwały intensywne prace po obu stronach sporu.

Celem władzy, w tym dyrekcji stoczni, było to, aby w poniedziałek, załoga podjęła normalną pracę – co wydaje się logiczne, skoro strajk się zakończył sukcesem strajkujących.

Celem ośrodka kierującego strajkiem była jego kontynuacja.

Uzasadnieniem, tym deklarowanym głośno, była obawa o represje, jakie mogłyby spotkać inne, niestoczniowe załogi, na przykład komunikacji miejskiej. Represje za poparcie strajkujących stoczniowców. Moim zdaniem były to obawy uzasadnione – władze pewnie by ukarały mniejszych, skoro uległy wielkim.

Jest poniedziałek wczesne rano. Przypomnę: podstawowa część załogi stoczni rozpoczynała pracę o 6 rano, reszta o 7.

Przed stoczniowymi bramami stoi stale zwiększający się tłum. Podawano sprzeczne komunikaty – jeden, że zaczynamy normalnie pracę, bo strajk się zakończył i inny, że strajk trwa nadal.

Ludzie decydowali.

Zdecydowali, że będą strajkować. Część weszła do stoczni strajkować, większość pojechała do domu zająć się swoimi sprawami – remontem mieszkania, wyprawą na działkę czy plażę.

Tak było.

Wybiegnę w tym miejscu do przodu i powiem coś, co mówiłem już wielokrotnie, ale nigdy na piśmie – te zachowania stały się podstawą do sformułowania przeze mnie prawa, znanego później jako prawo Szczypińskiego. Prawo to brzmi – lepiej strajkować niż pracować. Sformułowałem je w miesiącach jesiennych, po sierpniu, gdy przez Polskę szła wielka fala strajków w różnych mniejszych i małych zakładach, które nie strajkowały w gorących dniach sierpnia 80. Łatwość, z jaką te załogi podejmowały decyzję o strajku, nawet wtedy, gdy powody były często „dęte” pozwoliła mi na sformułowanie takiego właśnie „prawa”.

Wracam do mojej stoczni.

Od poniedziałku w stoczni działał Międzyzakładowy Komitet Strajkowy do którego, każdego dnia, dołączały kolejne zakłady pracy z Gdańska, z Gdyni, Tczewa i innych miast.

Stocznia Gdańska stała się centrum strajkowym ważnym dla Polski. Lech Wałęsa z przywódcy stoczniowego strajku stawał się coraz bardziej znaczącą postacią w skali całego kraju. Pamiętam, jak w połowie tygodnia tego nowego strajku, Klemens Gniech, dyrektor naczelny Stoczni Gdańskiej powiedział do mnie, swojego doradcy – no, Zbyszku, teraz z Wałęsą to już tylko premier może rozmawiać.

To była trafna uwaga. W strajku stoczniowym to on, wraz ze mną, prowadził strajkowe rozmowy.

Jak to dalej poszło – wszyscy wiedzą. Po wielu dniach, 31 sierpnia Lech Wałęsa z wielkim długopisem i wicepremier Jagielski podpisali dokument, znany jako Porozumienia Gdańskie. Zaczęło się szesnaście szalonych miesięcy, od sierpnia 1980 do grudnia, a dokładniej do 13 grudnia 1981.

To był ważny czas. Dla mnie, ale myślę, że dla wszystkich.

Teraz chcę podzielić się osobistą refleksją nad całością sierpniowych wydarzeń zapoczątkowanych sierpniowym strajkiem w Stoczni Gdańskiej.

To nie było tak, że strajk w Stoczni Gdańskiej był pierwszym w tamtych dniach. Od wczesnej wiosny 1980 roku przez Polskę, od południowego wschodu, szła fala strajkowa artykułująca ekonomiczne żądania robotniczych załóg. Wszędzie władza ustępowała. Zakład strajkował, przyjeżdżał wysoki przedstawiciel rządu i zgadzał się na żądania strajkujących. Świdnik, Radom i wiele innych miast poprzedzało strajk w mojej stoczni.

Przyczyną bezpośrednią, tą iskrą, było jak mówiłem bezprawne zwolnienie Anny Walentynowicz. Tak się wtedy złożyło, że to ja pełniłem obowiązki Szefa Biura ds. Osobowych i Analiz Społecznych Stoczni Gdańskiej. To mój podpis kończył procedury zatrudnienia i zwolnienia wszystkich.

Teraz powiem coś, co wiąże się bezpośrednio ze sprawą sierpniowego strajku. W czerwcu i lipcu, do mnie jako szefa przyjmującego i zwalniającego ludzi przychodzili – dwukrotnie – ludzie ze stoczniowej komórki służby bezpieczeństwa (były takie w każdym wielkim zakładzie) z prośbą, a potem żądaniem bym zwolnił Annę Walentynowicz. Za każdym razem odmawiałem mówiąc, że mogę podpisać jej zwolnienie w jednym tylko przypadku. Zwolnię Annę Walentynowicz, gdy władza ją zaaresztuje i będzie nieobecna w pracy ponad trzy miesiące. To wtedy tak.

Zgodnie z Kodeksem Pracy nieobecność ponad trzy miesiące powodowana chorobą albo aresztem jest powodem do rozwiązania stosunku pracy. W innych okolicznościach – nie. Pierwsza prośba (a drugie żądanie) nie zmieniły mojej decyzji. To żądanie zostało wyrażone przez funkcjonariusza i jego przełożonego na początku sierpnia.

Anna Walentynowicz została zwolniona przez mojego przełożonego – Dyrektora ds. Pracowniczych w czasie gdy byłem na parodniowym urlopie zajmując się kanadyjską ciotką, co zjechała zza oceanu z wizytą do kraju. Gdy w poniedziałek wróciłem, mój dyrektor powiedział mi na wstępie rozmowy – wiesz, zwolniłem Annę Walentynowicz. Pamiętam co powiedziałem mu — zrobiłeś błąd, wielki błąd.

W czwartek wybuchł w stoczni strajk. Jego pierwszym powodem było zwolnienie Anny Walentynowicz.

Według mnie władza chciała, by do szeregu strajkujących zakładów dołączyła Stocznia Gdańska, ta sama, w której w grudniu 1970 nastąpiły wydarzenia, które doprowadziły do ustąpienia Władysława Gomółki – I Sekretarza KC PZPR.

W sierpniu 1980 w Stoczni Gdańskiej wybuchł strajk, który doprowadził do ustąpienia Edwarda Gierka – I Sekretarza KC PZPR.

Czy jest związek pomiędzy tymi wydarzeniami? Można mieć różne przypuszczenia, snuć różne scenariusze. Również takie, że jest.

Dodam jeszcze jedną obserwację z tamtych dni. Strajk w stoczni Gdańskiej był fiestą, świętem, strajkujący przychodzili i wychodzili — tak jak im to pasowało. Takich „żelaznych” strajkujących było niewielu, gdy pamięta się o tym ilu pracowników liczyła stocznia. Przypomnę – ponad 17 tysięcy.

Całkowicie inny był strajk w Stoczni Gdyńskiej – strajk, który prowadził człowiek przyjęty do stoczni na parę dni przed wybuchem strajku.

Gdy przez Polskę szła fala strajkowa, przyjęcia do stoczni były kontrolowane przez służbę bezpieczeństwa. To ich parafka na raporcie z Biura Przyjęć otwierała dalszą procedurę.

Nie chce mi się wierzyć, że w przypadku tak znanego działacza WZZ, który przyjęty do Stoczni Gdyńskiej na kilka zaledwie dni przed wybuchem sierpniowych strajków — wchodzi on do stoczni i przejmuje kierownictwo strajku. Strajku z żelazną dyscypliną, z codziennym porannym sprawdzaniem listy obecności, strajku bez turniejów siatkówki i innych rozrywek, jak miało to miejsce w mojej stoczni.

Nie chce mi się wierzyć w tłumaczenie tego przywódcy strajku w Gdyni, że jego przyjęcie to sprawa butelki wódki dla kierownika, u którego podjął pracę. To nie wtedy, to nie w tym czasie. Tak myślę.

Za kilka dni będziemy mieli okrągłą rocznicę tamtych wydarzeń.

Co zostało z entuzjazmu tamtych szesnastu miesięcy?

Odpowiem krótko – nic!

Mamy związek zawodowy noszący tamtą nazwę. Związek, który jest jej zaprzeczeniem, związek, którego przewodniczącym jest ktoś, kto w tamtych dniach pełnił zupełnie inne role niż działacza związkowego.

Związek Zawodowy NSZZ „Solidarność” nie jest dziedzicem tamtej solidarności pisanej ani przez małe ani przez duże „S”.

Mamy historyczną postać Lecha Wałęsy, laureata nagrody Nobla, Prezydenta RP wybranego w powszechnych wyborach, człowieka zagubionego we własnej przeszłości i rozpaczliwie szukającego dróg wyjścia z matni, w której się zalazł – na własne życzenie zresztą.

Jest wiele pytań i mało odpowiedzi.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk

Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

Print Friendly, PDF & Email
Bogdan Miś

Urodzony w 1936 roku dziennikarz popularnonaukowy. Z wykształcenia matematyk. Długoletni wykładowca szkół wyższych.