Marek Jastrząb: Adaptacja „Ziemi obiecanej”

Jastrząb lata... Marek Jastrząb Rozmaitości

czyli wizerunek na obstalunek

20.06.2020

Postronny obserwator rozumie od dawna, że jeśli uczeń nie odpowie zgodnie z obowiązującym stereotypem, to może zacząć zbierać chrust na zimę i pójść het: na zarobkową poniewierkę do szewca. Ponieważ obserwator (dalej zwany układaczem programu), sądzi, że szczyl powinien wykuć na blachę to i tylko to, co stoi w pedagogicznej ramówce.

Biada mu, gdy wychyli się ze swoim zdaniem na temat poety, albo (co nie daj Panie Boże), popisze się własną interpretacją twórczości omawianego autora. Ponieważ jakiekolwiek odstępstwo od programu karane jest pałą, lamentującym wpisem do kajetu i groźbą przyjścia z rodzicami.

Zgodnie z wytycznymi fachury od oświaty oraz w myśl zarządzeń układacza szkolnego programu, indywidualne, czyli samodzielne wyrażanie sądu na tematy zbliżone do Historii, są przejawami uczniowskiego nieposłuszeństwa.

Należy tępić je z przykładnom siłom i mocom, jak mawiają dzisiejsi notable w walonkach. Trzeba je niszczyć w zarodku, ponieważ  wykształcenie nie należy do obowiązków szkoły; do obowiązków szkoły należy pielęgnacja niskiego poziomu nauczania. A do świętych kompetencji Matek Polek i Ojców Patriotów należy troszczenie się o brak wychowania swoich pociech, oraz dbałość o pilne ich uczęszczanie na lekcje religii, jedynej ostoi inteligentnych myśli.

*

Uważam, że adaptacja filmowa odbiegająca od wymowy dzieła znajdującego się w spisach szkolnych lektur, jest niewybaczalna. Zwłaszcza gdy wiadomo, iż większa część uczniów nie czyta klasyków. Tym bardziej że większość ta woli obejrzeć migające obrazki, aniżeli przedzierać się przez gąszcze flaków z olejem.

Na filmie można pospać, a nad utworem napisanym przez noblistę  – nie uchodzi, bo zaraz powiedzą, żeś niekumaty analfabeta. A w szkole belfer stoi ci za uszami. Gdy zaś na próżno wywijasz dziurawą pamięcią, próbując dociec, o co chodzi w tej nudnawej cegle, on już sposobi wykształcone usteczka do zadania ci pytania, którym go  niegdyś dręczono: rzeknij mi  młodzieńcze, co też pisarz miał na myśli? I biada ci odpowiedzieć niezgodnie z instrukcją.

Belfer, który jeszcze przedwczoraj chodził do twojej budy i podobnie jak ty, zwijał się w boleściach niczym piekarnik na mękach, był intelektualnie molestowany podobnymi zagwozdkami. Tak samo, jak ty traktowany był jak zacukany dzieciak. Lecz teraz bierze na tobie odwet: odgrywa się za lata siedzenia w oślej ławce.

Drałując po filologicznych meandrach, rżnie wszechwiedzące ciało pedagogiczne; spełniło się jego marzenie i nareszcie  jest panem psorem.  Nareszcie jest kimś! Kimś, od kogo coś zależy…

Jako smark – był  popychadłem i ostatnią łajzą, teraz jest Guru. Dyspozytorem cudzego losu, który, jak na łaskawcę przystało, ordynuje innym to, przez co nigdy nie mógł przebrnąć.

Nie trawi Orzeszkowej, ma za marudę Sienkiewicza, lekceważy Reymonta, o Nałkowskiej ma pojęcie nieszczególne, o Tokarczuk blade, a o Kuncewiczowej – żadne. Ratuje się zatem wypadem na film. Nad Niemnem, Quo Vadis, Ogniem i Mieczem, Granica, Ziemia Obiecana, są to ekranizacje wyręczające go z kłopotu.

*

Skąd tytuł? Miałem napisać o Reymoncie, a jak sobie coś postanowię, to tak nigdy nie jest. Więc na koniec będzie o Wajdzie.

O filmie Ziemia Obiecana i o adaptacji tego dzieła mógłbym wyrażać się w superlatywach tylko wtedy, gdybym  nie czytał książki. Alem czytał i obezwładniła mnie zgroza. Tu posunę się do wyjaśnienia: wbrew pozorom, odróżniam rzeczywistość opisaną od rzeczywistości filmowej i jakoś rozumiem, że jedna i druga, to dwa światy, dwa spojrzenia itp.

Jednakowoż, kiedy kinowy przekaz wypacza intencje autora powieści, i, na dokładkę,  pomija jej ważne przesłanie, zaczynam podejrzewać, że nasz mistrz Wajda pozwolił sobie na żarcik z Reymonta. No i przy okazji – z trzódki przyszłych erudytów.  

Tak jest w przypadku „Ziemi obiecanej” według Andrzeja Wajdy: w odróżnieniu od ekranowej i nieuprawnionej wizji reżysera, główny temat powieści Stanisława Reymonta nie zawiera się w posępnym opisie dziewiętnastowiecznej Łodzi, Nie jest TYLKO prymitywną ilustracją narodzin żarłocznego kapitalizmu, konfrontacją nędzy z bogactwem, tryumfującej bezwzględności, intryg i grabieżczych planów kasty fabrykantów.

Główny jej temat, to optymistyczna przemiana moralna z wyrachowanego, cynicznego i nawet dla swoich bliskich bezwzględnego przemysłowca, Karola Borowieckiego, we wrażliwą istotę, która w ostatnich słowach dzieła wyznaje: przegrałem własne szczęście; trzeba je stwarzać dla innych! 

Borowiecki, Polak inżynier i zrujnowany szlachcic, wychowany na patriotycznych ideałach, żyjący w otoczeniu wspomnień o niedawnej, a przemijającej świetności rodu, przesiąknięty tradycyjnymi pojęciami na temat honoru i uczciwości, zaczyna dostrzegać, że w świecie, w którym przyszło mu żyć, obowiązują inne zasady i że on ze swoimi pryncypiami nie pasuje do nowych czasów.

Bo czasy to drapieżne. Rodził się przemysł, powstawały fabryki, z dnia na dzień wyrastały z niczego wielkie, nuworyszowskie fortuny, a niektóre ginęły bezpowrotnie. Lecz znikały nie te, które powinny. Padały zdobyte w sposób zgodny z kupieckim poczuciem sprawiedliwości, a zostawały tylko te, co opierały się na szwindlach, oszustwach i umiejętnym lawirowania pośród cwaniackich norm.  

Wchodząc w niesympatyczną atmosferę opisywanych wydarzeń, mam wrażenie, jakby ich ilustratorem był Balzak, najlepszy wirtuoz opisu mechanizmów formującego się kapitalizmu. Podobieństwa narzucają się od razu. Jak bohaterzy Balzaka, tak – Reymonta, tracą złudzenia, pojawiając się w wielkim mieście i od naiwnego entuzjazmu przechodzą w stan ostrego rozczarowania.

Ogarnia ich pesymistyczny nastrój zwątpienia we własne możliwości, a cynizm i sceptycyzm są ich nową naturą; chcieli podbić świat, lecz zamiast tego gnębi ich poczucie doznanej klęski. Tak u Reymonta, jak u Balzaka upadek dotyka słabych, bo za uczciwych, na placu boju zaś pozostają kanalie, dla których szlam i bagna są naturalnymi środowiskami.

Karol Borowiecki przegrał, ponieważ – wbrew pozorom – chciał się wzbogacić na robieniu uczciwych interesów. Na nieobniżaniu jakości i niezawyżaniu cen produkowanego towaru. Co by było ogromnym zagrożeniem dla dochodów uzyskiwanych przez szubrawców.

W powieści Reymonta przewija się istna kawalkada biznesowych kondotierów. Począwszy od Żydów i Niemców, a na Polaku skończywszy, przedstawia czytelnikom plastyczne portrety mieszkańców miasteczka Łódź, charakterologiczną galerię postaci owej „ziemi obiecanej”.

Ale Borowiecki nazywa ją – ziemią przeklętą. Przeklętą, ponieważ wyssała z niego wszystkie soki, spustoszyła przyświecające mu wartości, których niepotrzebnie się zaparł, a tracąc je, tak jak swoją miłość, zrozumiał, że  zaprzepaścił sens dotychczasowego istnienia.

Tego w filmowej adaptacji nie ma. Jest za to bezpodstawny i pesymistyczny widoczek Borowieckiego nakazującego strzelanie do strajkujących robotników. Czego w powieści nie uświadczysz.

Jest za to wypaczanie intencji autora; udało się reżyserowi stworzyć skuteczny i sugestywny malunek niemający żadnego psychologicznego uzasadnienia. Sugestywny, gdyż masowy; w tej chwili zapanowała moda na nonszalanckie niezapoznawanie się z całością książki, zadowalanie się jej namiastką, jaką stanowi ekranizacja. To, że umiejętnie wykoślawił pierwowzór i diametralnie spłaszczył jego wymowę, nie jest tak wielką tragedią, jak fakt, że za parę lat  wyjdą z naszych szkół nowe pokolenia abiturientów wyedukowanych na obrazkach, natomiast nieobeznanych z powieścią i z tej przyczyny  niezbicie przekonanych, iż Borowiecki, to szuja, a Wajda, to wierny odtwórca lektur.

Print Friendly, PDF & Email
Print Friendly, PDF & Email
Bogdan Miś

Urodzony w 1936 roku dziennikarz popularnonaukowy. Z wykształcenia matematyk. Długoletni wykładowca szkół wyższych.