Piotr Rachtan: Milicja – Policja, czy jest analogia? Wspomnienie z 1981 roku

Do przemyślenia... Rozmaitości

11.06.2020

Fot. Wikimedia Commons

Od kilku lat policja, która w kwietniu 1990 roku zastąpiła peerelowską Milicję Obywatelską i zdobyła sobie cierpliwie odbudowywane zaufanie społeczeństwa, nagle – po 2015 roku – wplątana została w polityczną hucpę Dobrej Zmiany, która potrzebowała swojego zbrojnego ramienia do załatwiania porachunków z politycznymi przeciwnikami.

Najczęściej jednak są nimi dla władzy osoby nie z politycznego świecznika, a aktywni obywatele, dający wyraz swoim poglądom na demolowanie porządku konstytucyjnego i stosunkowi do rodzącej się autokratury i jej eksponentom. Rośnie brutalność niektórych funkcjonariuszy, którzy zdają się znajdować coraz większą satysfakcję w poniżaniu i upokarzaniu protestujących działaczy.

Obserwując ten proces upadku autorytetu policji, nie sposób uniknąć nasuwającej się analogii: ktoś nazwał to powrotem Pana Władzy.

Ale przecież Milicja Obywatelska miała też swoją chlubną próbę wyjścia z politycznej klatki, w której tkwiła dziesięciolecia: w 1981 roku grupa funkcjonariuszy powołała Komitet Założycielski Związku Zawodowego Funkcjonariuszy MO.

Ruch został szybko stłumiony.

W październiku 1981 roku przeprowadziłem z działaczami milicyjnego związku zawodowego wywiad dla „Tygodnika Solidarność” (opublikowany został w nr 28/1981). Spotkałem się z nimi w czasie obrad drugiej tury I Krajowego Zjazdu NSZZ „Solidarność”. Rozmowę zorganizowali gdańscy członkowie „Solidarności”, którzy zawieźli mnie do jakiegoś mieszkania w taki sposób, by zgubić ewentualny „ogon”.

Czytelnik zapewne dostrzeże analogie między sytuacją Milicji Obywatelskiej – wtedy i policji – dzisiaj.

Chcemy służyć społeczeństwu

W trakcie I Zjazdu NSZZ „Solidarność” nasz wysłannik — Piotr Rachtan — rozmawia z członkami Ogólnopolskiego Komitetu Założycielskiego Związku Zawodowego Funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, który reprezentują Zdzisław Kledzik (kapitan rezerwy, wykładowca kryminalistyki w Szkole podoficerskiej w Warszawie, 15 lat pracy w MO), Zbigniew Żmudziak (plutonowy, były dzielnicowy IV Komisariatu w Lublinie, 4 lata pracy w milicji), Tadeusz Bartczak (sierżant, kierowca radiowozu w rozwiązanym batalionie pogotowia MO w Warszawie), Ireneusz Sierański, sierżant w batalionie pogotowia MO w Warszawie, przewodniczący OKZ).

— Co to znaczy być milicjantem w PRL, a zwłaszcza — proletariuszem milicji? Często słyszy się, że milicjanci są uprzywilejowani, czy to prawda?

ZBICINIEW ŻMUDZ1AK: Powiem krótko i konkretnie: uprzywilejowana jest góra, dół — nie. ZDZISŁAW KLEDZIK: Na ogłoszeniach o naborze do milicji proponuje się na początek 7.100 zł, pod względem płacowym jesteśmy więc troszkę wyżej od przeciętnej.

Z. Z.: — Naszym przywilejem jest nienormowany czas pracy, jesteśmy dyspozycyjni 24 godziny na dobę.

Z. K.: — Podobno milicjanci szybko dostają mieszkania; ale ja po 13 latach pracy w milicji, mając funkcję i stopień, dorobiłem się M-2 dla mnie, żony i syna.

IRENEUSZ SIERAŃSKI: — Nie najlepiej jest u nas z urlopami, w niektórych jednostkach milicjant może dostać wczasy raz na 5 lat.

— Jakie dodatki rodzinne dostawaliście?

I. S. — Na pierwsze dziecko było 100 złotych, na drugie — 150, a na niepracującą żonę brałem 200 złotych.

— Jak wyglada stosunek przełożonych do milicyjnego proletariatu?

TADEUSZ BARTCZAK: — My, podoficerowie w Komendzie Stołecznej, byliśmy szarą masą do wykonywania czarnej, a nieraz i brudnej roboty, za którą oni zbierali oklaski.

— Kto to są „oni”?

T. B. — Jedna z gazet opublikowała artykuł „Bogowie drugiej Polski”. Jest wśród nich i nasz generał — człowiek, który kupował ziemię po 25 groszy za metr.

— Od jakiego stopnia zaczynają się „oni”?

I. S.: — To zależy od człowieka, np. zastępca komendanta stołecznego brał nas od początku w obronę, nie chciał dopuścić do masowych zwolnień i jako pierwszy poleciał na bruk.

— Czy SB zalicza się do „onych”?

I. S.: — Obowiązujące ich przepisy są te same, co dla nas — w milicji, a różnice płacowe sięgają 2 tysięcy złotych: chyba z powodu jeszcze większej dyspozycyjności. Mity o milicji wzięły się chyba stąd, że na zewnątrz nie przedstawiało się nic prawdziwego. O milicji można było mówić albo dobrze, albo wcale.

— Skąd więc wzięły się rozdźwięki między wami a SB?

I.S.: Oni też noszą nasz mundur i jeżeli w nim wykonywali swoje zadania, to wszystko szło na nasz karb. Na naszych zebraniach już od dawna żądaliśmy rozgraniczenia obu służb.

— Czy w Bydgoszczy udało się wam to rozgraniczenie?

I. S.: Można do milicji mieć pretensję, że nie zabezpieczyła dostatecznie otoczenia, tak, by ta druga służba nie mogła w ten sposób postąpić. Pan Rulewski mówił potem, że milicjanci nie zrobili nic takiego, za co można by ich karać.

Z. Ż.: — Jesteśmy synami robotników, chłopów i inteligencji pracującej. Tacy sami jak reszta społeczeństwa i chodzi nam o to, żeby milicja wykonywała tylko te obowiązki, do których jest powołana: to znaczy do ochrony ładu, porządku i bezpieczeństwa publicznego, a nie do wykonywania zadań wygodnych dla pewnych osób.

— Jakie to zadania?

Z. K.: — Takie, jak w 1956, 68, 70 czy 1976 roku, kiedy zamiast rozwiązywać przyczyny warunkujące akcje i rozruchy, sięgnięto po naszą broń. A przecież interes społeczny jest też i naszym interesem.

— Jak szeroki zasięg ma niezadowolenie wśród funkcjonariuszy, czy może niezadowoleni są tylko kontestatorzy?

Z. K.: — Nasz ruch nie powstał w jednym miejscu, już od dawna rodziła się potrzeba utworzenia naszej własnej organizacji związkowej, która by chroniła funkcjonariuszy i im pomagała.

Z. Ż.: — U nas w Lublinie zaczęło się to już we wrześniu zeszłego roku, na bazie organizacji partyjnej, bo większość funkcjonariuszy należy do partii. Organizowano otwarte zebrania partyjne, przychodziło dużo ludzi i wypowiadali się oni bardzo krytycznie. Wtedy właśnie skierowano postulaty do ministerstwa i do komendanta wojewódzkiego. Odpowiedzi właściwie dotąd nie dostaliśmy. W tym czasie zaczęła się nagonka na milicję, opluwano nas, nieraz wręcz dosłownie.

T. B.: — To nas zmuszało nie tyle do obrony, ile do intensywnego myślenia: skąd bierze się taka wrogość w stosunku do nas?

I. S.: — Broniąc się przed reakcją społeczeństwa, trzeba wybrać taki kierunek obrony, żeby społeczeństwo zrozumiało, kim jesteśmy i co robimy.

— A jak zaczął się tworzyć wasz ruch w innych rejonach kraju?

I. S.: — W Lublinie ten ruch nie miał jeszcze charakteru założycielskiego. Związek zaczął tworzyć się później, równolegle w kilku garnizonach, ale bez żadnego porozumienia między nimi. Jedni nie wiedzieli o drugich, W Łodzi odbyło się zebranie niezadowolonych, po którym w poszczególnych komendach powstawać zaczęły komitety samorządowe dla kontroli niektórych poczynań komendy wojewódzkiej. Z kolei w Katowicach powstał Komitet Założycielski Związku Zawodowego, podobnie w Krakowie.

Z. Ż.: — 29 maja w Lublinie też utworzyliśmy taki komitet.

I. S.: — 26 maja w Warszawie miało odbyć się otwarte zebranie partyjne. 24 maja nic jeszcze nie przygotowawszy, puściliśmy w Polskę teleks: za dwa dni odbędzie się w Warszawie zebranie Ogólnopolskiego Komitetu Założycielskiego.

Z. Ż.: — Już wtedy zaczęto blokować informację. My, w Lublinie, dostaliśmy tę wiadomość z Rzeszowa, Rzeszów z Krakowa.

I. S.: — No i uchwałą tego zebrania powołaliśmy dwa komitety założycielskie; warszawski i ogólnokrajowy, bo przyjechali przedstawiciele 5 województw. Ponieważ na zebranie przyszedł zastępca komendanta głównego i zobowiązał się do załatwienia różnych postulatów, zawiesiliśmy zebranie do 1 czerwca. Tego dnia zjechały się już wszystkie województwa i powołaliśmy prawdziwy Komitet Założycielski. Przyjechało 2 tysiące delegatów, którzy przywieźli ze sobą listy chętnych z imieniem, nazwiskiem, stopniem, funkcją, miejscem pracy, podpisem oczywiście. Jak pan myśli, ilu ich było?

— Z pięć tysięcy?

I. S.: — 42 tysiące! Dopiero wtedy poczuliśmy, co się dzieje.

— Gdzie się zebraliście?

I. S.: — W Warszawie, w batalionie pogotowia na Stalingradzkiej. I te dwa tysiące delegatów, jako Komitet Założycielski, wybrało nas do Prezydium. Obradowaliśmy całą noc. 2 czerwca generał Jaruzelski powołał komisję rządową do rozmów z nami, a na jej czele postawił generała Kiszczaka — obecnego ministra spraw wewnętrznych. Bractwo rozjechało się do domów i miało się zebrać ponownie 9 czerwca. Rozmowy z komisją Kiszczaka skończyły się niczym. My chcieliśmy związku zawodowego, a strona rządowa wymyśliła rady milicyjne: odrębne dla podoficerów i podchorążych oraz dla oficerów; potem gdy widzieli nasz upór — wspólne. Ale rady mialy mieć strukturę bez centralnego ciała, mogłyby działać tylko w poszczególnych garnizonach — co nas nic zadowalało. Aby więc nie dopuścić do kolejnego Zjazdu, 8 czerwca wprowadzono w całym kraju stan gotowości, a to oznaczało zakaz opuszczania miejsca zamieszkania. Mimo to, 9 czerwca, przyjechało 1200 osób z całego kraju Zastanawialiśmy się, czy nie okupować siedziby batalionu — aż do skutku — ale obawialiśmy się, że może być użyte przeciwko nam wojsko; poza tym sytuacja ogólna była niepewna — zbliżał się Zjazd partii. Wreszcie — dostaliśmy pismo od szefa komisji rządowej, który gwarantował nam bezpieczeństwo. Ówczesny szef resortu — też dał gwarancję, że nie wyciągnie wobec nikogo konsekwencji służbowych. Jednak już 17 czerwca, bez podania przyczyny, wyrzucono nas na bruk. Kazano ludziom pisać oświadczenia, że wycofują się z działalności związkowej. Ale wielu napisało, że będą działać nadal. Sporo zwolniono, choć niektórzy komendanci wojewódzcy wyrzucali te oświadczenia do kosza, bo musieliby zwolnić za dużo ludzi naraz.

— Ilu ludzi wyrzucono?

I. S.: — Około pięciuset osób.

— Czy zastosowano jeszcze inne represje?

I. S.: — Rozwiązano na przykład batalion pogotowia w Warszawie za to, że tam zrodziła się i rozwinęła idea Związku Zawodowego Funkcjonariuszy. Ludzi przenosi się do gorszej pracy, utrudnia im życie.

Z. Ż.: — Usiłują za wszelką cenę stłumić nasz ruch.

— A czego się boją?

Z. K.: — Chyba najbardziej tego postulatu, który mówi, że w konfliktach społecznych my, funkcjonariusze, nie możemy być argumentem. Rozwiązanie tych konfliktów jest bowiem możliwe tylko przez dialog. Druga sprawa: jako Związek chcemy być niezależni, a więc niezależni i od administracji resortowej; chcemy być samorządni, czyli sami formułować zasady działania naszego Związku; nie uchylamy się też od współpracy z innymi związkami. Chcemy mieć wpływ na niektóre aspekty działania resortu, np. na politykę inwestycyjną czy na gospodarkę finansową. Chcemy przejąć kontrolę nad kasami zapomogowo-pożyczkowymi, z których dotychczas tylko ci lepsi dostawali większe niż zwykli funkcjonariusze pożyczki. Nas interesuje, żeby prawo było jedno dla wszystkich, żeby żaden funkcjonariusz, kiedy zatrzyma pijanego dostojnika, nie bał się wyrzucenia z pracy. Wreszcie — jesteśmy za socjalizmem, ale nie centralistycznym, tylko samorządowym. W świetle powyższego nie można nas uważać za elementy antysocjalistyczne.

— Czy atakowano was w ten właśnie sposób?

I. S.: — Wydział szkolenia i propagandy MSW wydał na ten temat kilka ulotek, w których podaje, że jesteśmy opłacani przez różne regiony „Solidarności”, że kieruje nami KOR albo KPN. Codziennie, na każdej odprawie podaje się milicjantom, że nasza grupa to „siły antysocjalistyczne”, które chcą przejąć władzę w resorcie, dążąc do obalenia socjalizmu w Polsce. Równocześnie rośnie zawartość naszych teczek personalnych. Tego się nie ukryje, mamy swoje przecieki.

— Czy mówi się o was per „tak zwany związek”?

T. B: — Nie, bo oficjalnie nie istniejemy.

I. S.: — Kiedy na pierwszą turę Zjazdu „Solidarności” przysłaliśmy telegram z pozdrowieniami, rzecznik prasowy MSW zaraz oświadczył, że żaden Związek Zawodowy funkcjonariuszy nie istnieje. Istnienie jego potwierdza postępowanie rejestracyjne przed Sądem Wojewódzkim w Warszawie.

Z K: — 9 czerwca złożyliśmy pierwszy raz dokumenty w sądzie. Potem leżały one bardzo długo.

I. S.: — Prywatnie dowiedzieliśmy się, że sąd oddalił nasz wniosek: koledzy porozumieli się z cywilnymi związkami. Ich eksperci pomogli nam kolportować właściwe dokumenty i żeby nie tracić czasu, w dniu, w którym orzeczenie zapadło, nie zaskarżyliśmy go, lecz tylko złożyliśmy nowy komplet papierów. Dalej było tak: 7 września sąd wojewódzki wyznaczył termin rozprawy na 26 września. 16 września minister sprawiedliwości skierował do Sądu Najwyższego pytanie, czy funkcjonariusz jest pracownikiem. W związku z tym sędzia Kościelniak na niejawnym posiedzeniu odwołał termin rozprawy i zawiesił postępowanie aż do wyjaśnienia wątpliwości przez Sąd Najwyższy. Nie zdążyliśmy jednak odwalać ludzi uprzedzonych o terminie rozprawy i kiedy przyszli, prosiliśmy prezesa sądu, aby przeczytał nam treść tego orzeczenia.

— Czy przyjechało dużo ludzi?

Z. Ż.: — Izba Cywilna Sądu Najwyższego, do której nas zaproszono na to odczytanie, była pełna; wielu ludzi stało na korytarzach. Przyjechały też delegacje z zakładów pracy Lublina, Warszawy, a także górnicy ze Śląska.

— W myśl hasła: Milicja Obywatelska ramienienim ludu pracującego?

Z. K.: — Można tak powiedzieć. Decyzję Kościelniaka traktujemy jako utrudnienie założenia Związku, do którego ma prawo mianowany nauczyciel, prokurator, dyrektor i strażak.

— Jak zaprotestowaliście przeciwko tej decyzji?

Z. K.: — Mieliśmy przebywać w Hali „Gwardii” do momentu podjęcia rozmów przez resort. Cel i sposób tego protestu nie stwarzał żadnego zagrożenia.

Z Ż.: — W Hali „Gwardii” przebywaliśmy od godziny 10 do 13. dopóki nie wkroczyły oddziały porządkowe.

Z. K.: — Wiedzieliśmy, taka jest sytuacja polityczna: obraduje Sejm, a nazajutrz zaczyna się Zjazd „Solidarności”. W dodatku byli z nami przedstawiciele zakładów pracy. Opór wywołałby u interweniujących milicjantów konflikt sumienia między posłuszeństwem a sympatią — dla idei Związku.

— Jak się oni zachowywali?

Z. Z.: — To byli młodzi chłopcy z ZOMO, nie odzywali się, stali z opuszczonymi głowami. Był z nami podporucznik Kolinka, wiceprzewodniczący OKZZZFMO, w mundurze. Dowodzący akcją pułkownik Celak — zastępca komendanta stołecznego — wydał mu rozkaz opuszczenia sali. Podporucznik Kolinka oświadczył, że nie pozwala mu na to honor oficera.

— Jaka jest wasza sytuacja obecna?

T. S.: — Decyzję o wyrzuceniu nas podpisywał minister. Zastosował on artykuł naszego regulaminu, który pozwała nie podawać powodów zwolnienia, ale za to każe z kolei resortowi płacić nam jeszcze przez rok pobory. Nadal jednak czujemy się milicjantami i jesteśmy nimi wciąż dla innych funkcjonariuszy. Nasz ruch ma naprawdę szeroką bazę i poparcie.

— Czy od czasu waszego pierwszego zjazdu liczebność Związku się zmieniła?

T. B.: — Naszym zdaniem represje wywołują tylko wzrost liczby zwolenników naszego Związku. Są wśród nich komendanci wojewódzcy, a nawet — generałowie.

— A funkcjonariusze SB?

T. B.: — Też są.

Piotr Rachtan

Monitor Konstytucyjny

Print Friendly, PDF & Email
Print Friendly, PDF & Email
Bogdan Miś

Urodzony w 1936 roku dziennikarz popularnonaukowy. Z wykształcenia matematyk. Długoletni wykładowca szkół wyższych.