Paranoja, czyli poza wiedzą i rozumem

Rozmaitości

05.05.2020

W Wikipedii można znaleźć znaczenie tego słowa. Z pewnego punktu widzenia jest to zjawisko fascynujące. Człowiek pozostający w stanie określanym jako paranoiczność wykazuje się specyficzną cechą. Jest ona zagadką dla każdego, kto myśli racjonalnie. Racjonalista posiadający określone poglądy na świat zaczyna wątpić, gdy spotka drugiego racjonalistę, a ten mu wykaże, że pozostaje w błędzie… Postawiony w takiej sytuacji, ponownie bada obszar poddany argumentacji, sprawdza raz jeszcze własne rozumowanie, sposoby dotarcia do wniosków, podejmuje dyskusję i w efekcie może zmienić swoje zapatrywania, zrezygnować z przyjętych założeń. Jest to możliwe, ponieważ jego przekonania i rozumowe rozstrzygnięcia oparte są w dużej mierze na świadomych, racjonalnych obszarach jego umysłu.

Z paranoikiem jest odwrotnie. Nie tylko nie wykaże zainteresowania, nowym, odmiennym poglądem, ale zareaguje totalnym odrzuceniem proponowanego sposobu myślenia. Agresywnie poda w wątpliwość logikę indukcji czy dedukcji. Zaatakuje więc, a jego celem będzie przedstawiony wywód, albo źródła usłyszanego stanowiska. Zastosuje natychmiast argument ad hominem.

Jego ulubionym orężem będą interpretacje służące zdyskredytowaniu oponenta. Bardzo często sięgnie do jego profesji, dzieciństwa, ukrytych intencji albo powiązań rodzinnych. Zrobi wszystko, żeby doprowadzić interlokutora do stanu niepewności i pomieszania. Bez wahania i skrupułów zastosuje chwyty poniżej pasa. Jego napastliwe reakcje mogą czynić dyskutanta bezradnym, ponieważ, nie przebierając w środkach, powtarzać będzie jak mantrę wygłoszone już wcześniej zarzuty.

Inna perfidna broń paranoika, to pełne niejasności, enigmatyczne wypowiedzi typu: za tym stoją pewne siły, jest to korzystne dla pewnych grup interesu… Albo zada podchwytliwe pytania – jacy są twoi mocodawcy, na czyich jesteś usługach? Poprzez tego rodzaju insynuacje, sugeruje nieczyste intencje. Rozmówca wyposażony w pewien rodzaj wrażliwości, z nawykiem kwestionowania własnej postawy i otwarty na dysputę, przyzwyczajony, że nic nie jest czarno-białe, może ulec presji, stracić wątek, pogubić się w rozmowie. Paranoikowi o to chodzi; twoja konfuzja, potwierdza jego podejrzliwość. Natychmiast triumfuje: a widzisz! Coś jest na rzeczy! Masz coś na sumieniu. Miałem rację!! Niezłe z ciebie ziółko! Dokładnie to podejrzewałem!

Paranoik uwielbia stawiać się w pozycji atakowanego, krzywdzonego i prześladowanego, chociaż sytuacja jest dokładnie odwrotna. To on atakuje, prześladuje i dręczy. Kolejnym źródłem jego skuteczności w sporze czy kłótni, może być niewzruszone przekonanie o tym, że jest ofiarą. Chroni się w ten sposób przed myślą, że to on jest wrogi, agresywny i destrukcyjny. W jego poczuciu nieustannie broni się przed zaciekłymi atakami z zewnątrz. Natomiast adresat ataków, prędzej czy później zacznie się czuć winny. Będzie próbował udowodnić, że nie jest wielbłądem.

W sytuacji dalszych wysiłków racjonalisty, mających na celu wykazanie błędów w założeniach lub procesie myślenia w paranoiku rośnie napięcie. Może się ono przerodzić się w agresję słowną, a nawet fizyczną. Czując się przyciskany do muru, paranoik może się stać niebezpieczny, broni się tym bardziej, przed utratą poczucia bezpieczeństwa, tożsamego z jego poglądami. Jego intelektualne konstrukty nie są ekspresją swobodnego myślenia. Są immanentną częścią jego osoby; paranoik jest z nich zbudowany.

Człowiek ogarnięty paranoją, szaleństwem, obłędem – mówiąc potocznie, ma jeszcze kilka właściwości. Uosabia zaprzeczenie tytułowego bohatera znanego dzieła Roberta Musila. Zachowuje się jak człowiek pozbawiony wątpliwości, jest przekonany o słuszności swoich rozstrzygnięć i koncepcji. Jego myślenie bardziej przypomina gnozę niż konkluzje oparte na procesach intelektualnych. Ma niskie poczucie własnej wartości, które skrzętnie ukrywa nawet przed samym sobą, za fasadą wyższości i pewności. Zdradza go ostra i pełna gniewu reakcja na żarty, ironię czy najlżejszą krytykę. Dopatruje się jej w każdej wypowiedzi, drgnieniu twarzy, przedłużającym się milczeniu. Z tego powodu będzie raczej samotny; kontakt z ludźmi jest dla niego źródłem stałego niepokoju. Wszędzie węszy zdradę – w tonie wypowiedzi, doborze słów, które dla niego są ważną informacją. Droga do pytania: „i ty przeciwko mnie?” jest otwarta, i prosta. Dlatego od swoich podwładnych będzie się domagał jednomyślności. Żądał, aby mówili dokładnie to, co im podyktuje. Nie toleruje żadnego odstępstwa.

Ludzie z rysem paranoicznym będą preferowali pewne zawody, które z racji swojej specyfiki oferują sprytne narzędzia do realizacji ich celów. Często wybierają studia prawnicze, które zawierając rozbudowane zasady, przepisy i kodeksy pozwalają utrzymywać złudzenie, że wszystko można kontrolować. Cechuje ich trudność, wręcz niemożność tolerowania zależności. Pozostawanie w zależności jawi im się jako nieznośne zagrożenie. Trudno oddać skalę i jakość tego uczucia. Wszelkie metafory w niewielkim stopniu przybliżają znaczenie tego horroru.

Jeśli sięgnąć po obrazy z obozu koncentracyjnego, to sytuacja więźnia składa się również z momentów ulgi, oddechu, ukrycia się przed wzrokiem prześladowcy. Można go na chwilę udobruchać. Esesman czy kapo miał humory, zachcianki, chwile słabości. W przypadku paranoika sytuacja jest stokroć bardziej nieznośna. Osoba, od której z różnych powodów staje się zależny, jawi mu się jako bezlitosny wróg i prześladowca. Jakby stale był wydany na tortury lęku i przerażenia. Jakby oko Saurona patrzyło na niego dzień i noc. Nie ma szans na żadne względy czy chwile łaski. Tylko równie bezwzględna i nieustanna kontrola, oddala lub łagodzi widmo przerażenia. Dlatego będzie robił wszystko, żeby nie dopuścić do żadnej zależności. Gdy zbliża się takie ryzyko albo będzie go unikał wszelkimi metodami, albo doprowadzi do dominacji nad wszystkimi.

W każdej hierarchicznej strukturze będzie uparcie dążył do władzy absolutnej albo przynajmniej takiego poczucia. Gdy osiągnie kolejny stopień panowania, na chwilę się uspokaja. Bardzo szybko wraca niepokój i podejrzliwość. Ponieważ otoczył się dworem poddanych, prędzej czy później, zacznie wątpić w ich lojalność. Będzie sprawdzał, testował, ślepo podążając za regułą samospełniającej się przepowiedni, aż potwierdzi jedyną zasadę regulującą jego relacje z innymi: nikomu nie można ufać. Jego otoczenie dosyć często albo regularnie ulega rotacji, wykruszają się mniej wytrzymali, albo on sam bezpardonowo niszczy i usuwa tych, którzy go zawiodą. Różne są konsekwencje selekcji opartej na tych regułach. Zostaje więc sam; otoczony jedynie przez podobne sobie istoty związane z nim do śmierci układem „haków” i korzyści.

Niektórzy z nich będą unikać eksponowanych stanowisk; źle się czują, gdy pada na nich blask jupiterów. Bardziej preferują sytuację „kierowania wszystkimi z tylnego fotela”. Prawdopodobnie obserwacja takich zachowań legła u podstaw znanego określenia szarej eminencji. Paranoik, jako przywódca jest skuteczny w pociąganiu za sobą mas. Atrakcyjna dla społeczności jest osławiona pewność typu: czarne jest czarne, a białe – białe. On wie, gdzie jest dobro, a gdzie zło, zna prawdę. Zadanie mu pytania: skąd to wie? – graniczy z naiwnością. Takich pytań się nie zadaje. On wie, bo wie; dysponuje „prawdziwą” wiedzą.

Jeśli ma przy tym pewien specyficzny zestaw cech, na który składają się inteligencja i spryt, a jeszcze sprzyjają okoliczności, splot przypadków i odpowiedni moment historyczny, zaczyna się robić niebezpiecznie. Cierpliwie, bez ustanku i konsekwentnie buduje swoją pozycję. Nikomu innemu by się nie chciało. Nikt inny nie ma tego jednego, jedynego celu w życiu, któremu wszystko podporządkowuje. Inni mają rodziny, hobby, pasje, zainteresowania, kochanki lub kochanków. Ale nie on; relacja miłosna zbyt mocno by go osłabiła.

Pracuje dzień i noc; przemyśliwuje, jak użyć wszystkich nadarzających się okoliczności, aby zdobyć kolejny przyczółek. Zobaczy go dużo wcześniej niż inni. Ma wyostrzony wzrok, skoncentrowany tylko na tym, co może się przydarzyć, a co przydać, tak jak głodny wszędzie widzi jedzenie. Nie oznacza to, że jest nieomylny. Popełnia błędy, traci zdobyte wcześniej obszary. Ale zawsze jest zabezpieczony. Inni mają plan B; on jeszcze C, D i E, a nawet F. W przypadku porażki natychmiast uruchamia, to co ma w zanadrzu. Dlatego niektórzy nazywają go „genialnym strategiem”, ale jego taktyka nie wynika z mądrości; jest pochodną lęku, nieustannej czujności; to najskuteczniejszy motor działania. Wiedzą o tym wszyscy, którzy uciekając przed zagrożeniem, znajdują w sobie niespożyte siły. Próżno szukać ich śladu w czasie spokoju. Gdy się zabiera do polityki, ta natychmiast staje się jego żywiołem. Można powiedzieć, że paranoik i polityka darzą się namiętnym i odwzajemnionym uczuciem. Jeżeli dane mu jest żyć w ustroju, który skonstruowany jest w celu zabezpieczenia przed takimi jak on, zadanie ma bardziej skomplikowane.

Przyjrzyjmy się przez chwilę demokracji. Są to, jak wiadomo, rządy ludu. Większość społeczeństwa, duże grupy ludzi z trudem znoszą rozważania myślicieli, dzielących włos na czworo, wiecznie zastanawiających się nad obecnością dystynkcji w spójnym, na pozór, konstrukcie. Masa, jak pisał Elias Canetti, rządzi się odmiennymi prawami niż jednostka. Masa pragnie jednoznacznych wskazań, szuka spokoju i złudzenia dobrobytu. Takie pragnienia nie mogą być zaspokojone przez wykład filozofa a jedynie przez prosty, partyjny przekaz. Musi on spełniać określone warunki; przede wszystkim powinien być maksymalnie zwięzły i rysować czarno-biały porządek. Wskazywać zagrożenia w taki sposób, aby masa czuła się lepsza, a zło widziała poza granicami jej wąskiego świata. Paranoik wpisuje się znakomicie w takie zapotrzebowanie – klucz trafia do zamka, nóż wchodzi w masło… Następuje miodowy okres. Naród i przywódca zaczynają śmiertelny taniec; obie strony ślepną na wszystko, co może zakłócić ekscytujące igrzyska. Obłędne wirowanie przyśpiesza.

Do diabelskiego kontredansa ochoczo dołączają ludzie z instytucji kierującej się równie paranoicznymi zasadami. Chodzą w czarnych sukniach i w podobny sposób, używając innej idei, zaspokajają wszystkie nawet najbardziej mroczne pragnienia i żądze. W obu korporacjach dominują mężczyźni. Wszystko ma swoją cenę, więc koszty rosną. Metafora cyklonu wsysającego do środka wszystkich i wszystko, niszczącego drzewa i budynki jest na czasie i miejscu. Opozycja, eksperci, politolodzy, pisarze, publicyści, myśliciele, prawnicy mogą grzmieć do woli i uderzać w dzwony. Zwarci w eschatologicznym tangu niczego nie słyszą – oprócz pochwał, aplauzu i uznania. Każdą uwagę, recenzję, krytykę – która może zburzyć szaloną jednomyślność, bezwzględnie atakują.

Brzmi znajomo, ale uczestnicy chocholego tańca krążą coraz szybciej, ogarnięci wspólnym rytmem, upojeni wizją, w której zło jest po drugiej stronie, w przeszłości, komunie, w Europie, emigrantach, LGBTQ, aborcji, wychowaniu seksualnym. Wszystkie te wskazania nie są przypadkowe. Każą się domyślać ukrytych korzeni. Jedyne, co może na chwilę ostudzić rozpaloną głowę tego dwugłowego smoka, to jakaś potężna manifestacja. Jest w stanie tego dokonać wystarczająco liczna grupa ludzi, która przekracza masę krytyczną. Wtedy następuje gwałtowne przegrupowanie sił, obliczone na uśpienie czujności „wrogiego obozu”. Strategia przeczekania zazwyczaj okazuje się skuteczna.

Żadnemu ruchowi, którego nie zrodzi ostateczna determinacja, nie wystarcza paliwa, aby płonąć dłużej. Strajki, uliczne protesty czy marsze prędzej czy później zamierają. Wszyscy idą do domu upojeni chwilowym zwycięstwem lub upokorzeni porażką. Po chwili wszystko wraca do „normy”. Trąba powietrzna rozkręca się jeszcze szybciej. Zagarnia również niektórych trzeźwo myślących. Spotykają się oni z pewnym przekazem, który niesłusznie nazywany jest praniem mózgu. Noblista, obywatel świata, Czesław Miłosz poświęcił opisowi tego procesu Zniewolony umysł.

Rozważmy przykład thety. Jest fachowcem, pisze, ma ambicje wpływania poprzez swoje teksty na ciemny, głupi naród. Pragnie nieść kaganek oświaty. Obserwuje z uwagą zjawisko „dobrej zmiany”. Komentuje, analizuje przy pomocy aparatu intelektualnego. Drzemie w nim Prometeusz, który słyszy wezwanie. Płynące z oka cyklonu, miejsca, gdzie panuje bezwzględny spokój. Theta myli go z siłą.

Po co te deliberacje, trzeba działać, zmieniać świat. Pociąg zmiana właśnie odjeżdża, wskakuj!

Theta reaguje od razu. Wizja pozostania samotnym na peronie przeraża niepomiernie. Inny przypadek (nazwijmy go epsilon) opiera się, ma skrupuły. Ale widząc, ile możliwości otwiera się przed „nawróconymi” (stanowiska, profesury, urzędy, instytuty, rady nadzorcze„,prime time” w telewizji, pierwsze strony gazet, ławy poselskie, Europarlament) zaczyna się łamać. Sprzyja temu jego wewnętrzna konstrukcja. Widok zmian skutecznie wprawia w zakłopotanie. Szczególnie wtedy, gdy się ma ukryte przekonanie, że prawdziwy mężczyzna działa, walczy, a nie ślęczy nad książką, zastanawia się na każdym przecinkiem, szuka odpowiedniego słowa, by precyzyjnie oddać niuanse. Nie wyobraża sobie, że można ot tak wziąć miecz i przeciąć jakiś węzeł.

Jeśli jest zakompleksiony, przeżywa ukryty podziw, dla tych, co działają, zmieniają świat, wzniecają bunty, rewolucje i zamachy w imię bliskich im wartości. W ten sposób może się dokonać zadziwiająca konwersja. Z uczonego wyłazi wyznawca; fałszywy mędrzec z ulgą zrzuca krępujący go pancerz „ą i ę”, wpada w wir krzewienia jedynej prawdy. Nic nie kusi mocniej niż poczucie: jestem po właściwej stronie… i… nie jestem w tym odosobniony. Rzadko rejteruje z powrotem… Za dużo powiedział, spalił mosty albo po prostu żal mu porzucać raz zdobyte apanaże i splendory. W taki szaleńczy sposób żywioł rośnie, pochłaniając kolejne ofiary, które – o ironio – czują się wybrańcami. Gdy pewne jednostki są szczególnie oporne, bestia posiadająca już wiele głów, znajdzie i na nich metodę. W ostateczności poczeka, aż przejdą w stan spoczynku.

Opisany proces może toczyć się długo; wszak ma swoje wewnętrzne cykle i mechanizmy. Zagarnia i niszczy bezpowrotnie coraz to nowe połacie, wyrywa drzewa z korzeniami, zrywa dachy, trakcje elektryczne, pozbawia prądu na długie godziny. Powoduje powodzie, pchając przed sobą olbrzymie masy wody. Zdarza się, że słone wody morza cofają się do koryta rzeki. Obrazu zniszczenia dopełnia fakt, że niektórzy, na długo pozbawieni podstawowych potrzeb, przyjmują, że tak już będzie zawsze, trzeba wegetować. Nic się już nie da zrobić.

Specjaliści od cyklonów mówią, że wytraca on siłę, gdy przemieszczając się nad oceanem, trafi na stały ląd. Mają zwyczaj nadawania im imion – żeńskich lub męskich. Jeżeli aktualny huragan to Jarosław, co będzie odpowiednikiem stałego lądu?

Jonasz

Print Friendly, PDF & Email
Print Friendly, PDF & Email
Bogdan Miś

Urodzony w 1936 roku dziennikarz popularnonaukowy. Z wykształcenia matematyk. Długoletni wykładowca szkół wyższych.