Przemysław L. Lis: Kazanie sejmowe ojca Antoniego

14.11.2019

Oglądając w telewizji relację z inauguracji Sejmu IX kadencji miałem – w pierwszej części uroczystości – wrażenie, że uczestniczę wirtualnie w jakiejś liturgii, kościelnej ceremonii czy obrzędzie.

Mowa inauguracyjna Antoniego Macierewicza była w swej istocie homilią, na której początku, w pełnym uniżenia geście zostali powitani ekscelencje i eminencje, biskupi i arcybiskupi i innej maści funkcjonariusze kościelni, przy czym wyeksponowano z imienia i nazwiska jedynie nuncjusza i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, a więc dygnitarzy Kościoła katolickiego. To nic, że Konstytucja w art. 25 ust. 1 nakazuje traktować jednakowo (także co do precedencji) wszystkie Kościoły i związki wyznaniowe w RP.

W czasie swojej homilii kaznodzieja Macierewicz odwoływał się co chwilę do wartości chrześcijańskich i katolickich jako fundamentu bytu narodowego, jako esencjalnego pierwiastka państwowości polskiej. Jako najważniejsze dla poprawnego funkcjonowania ustrojowego RP uznał on artykuły ustawy zasadniczej mówiące m.in. o małżeństwie jako związku kobiety i mężczyzny i o ochronie życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci.

Te normy konstytucyjne oczywiście nie mają dla ustroju żadnego znaczenia fundamentalnego, a przede wszystkim ich wykładnia w ustach „ojca Antoniego” była rażąco błędna, ale apologecie katolicyzmu nie o to wszak chodziło, aby mowa jego była poprawna formalnie. Chodziło mu o dogodzenie zasiadającym na trybunie sejmowej hierarchom katolickim, tej części sfanatyzowanych katolików, którzy klęcząc przed telewizorem oglądali transmisję oraz o połechtanie ideologiczne członków obozu rządzącego.

Krótko mówiąc była to mowa apologetyczna w stronę katolicyzmu, próba zohydzenia takich „wykolejeń” jak „zaraza gender” (tak wyraził się co prawda poseł Winnicki, ale Macierewicz za to mu podziękował: „Dziękuję, panie pośle”, co jest równoznacznie z poparciem tych bredni Winnickiego), i wola narzucenia ultrakatolickiej wizji państwa.

I jeszcze modlitwa „Wieczne odpoczywanie, racz mu dać, Panie”, za któregoś ze zmarłych ostatnio posłów PiS, tak jakby nie można była uczcić tego faktu jedynie wspomnieniem (o ile w ogóle).

Trybuna sejmowa stała się kazalnicą i ołtarzem.

Tak przynajmniej osobiście to odebrałem. Nie wspominam już tutaj szerzej o formie zewnętrznej składania ślubowania poselskiego przez niektórych posłów, którzy rzecz jasna mają prawo dodać do roty ślubowania słowa: „Tak mi dopomóż Bóg”, ale nie mają prawa – jak niektórzy to czynili – wzywać Trójcy Świętej i wszystkich Świętych, gdyż urzędowy tekst ślubowania takich zwrotów nie przewiduje.

To wszystko, o czym piszę wyżej, wskazuje na fakt, że partia rządząca jest typową partią konfesyjną, wyznaniową i to w wydaniu radykalnym. W żadnym cywilizowanym kraju, gdzie czymś oczywistym jest rozdział Kościoła od państwa, tego typu cyrk byłby nie do wyobrażenia. Czynienie z podniosłego momentu życia parlamentarnego czegoś na wzór celebracji liturgicznej jest probierzem tej prawdy, że Polska jest – wbrew zapisom Konstytucji – państwem wyznaniowym, w którym sprawienie przyjemności urzędnikom kościelnym jest nie tylko czymś przyzwoitym, ale i nakazanym.

Nowoczesne państwo demokratyczne, jakim mieni się Polska, państwo konstytucyjne, uzyskuje legitymację poprzez władzę ufundowaną prawnie. „Prawo bez reszty przenika władzę polityczną” – jak pisał Kant – i nie potrzebuje żadnego innego, zewnętrznego uprawomocnienia. Państwo konstytucyjne i świeckie zasadza się na porządku prawa, uzyskującego swą legitymację nie poprzez odniesienie do religii, ale do siebie samego (do prawa).

Jego jedyną podstawę stanowi demokratycznie i poprawnie wytworzona procedura prawna, która dostarcza uprawomocnienia na podstawie legalności i nie potrzebuje innych, pozapolitycznych źródeł obowiązywania.

Należy przyjąć, że w państwie świeckim Konstytucja może samodzielnie spełniać w sposób absolutnie wyczerpujący warunki legitymizacji ustrojowej, niezależnie od źródeł oraz tradycji religijnych i metafizycznych, które iść mają swoim osobnym torem.

Zapytać jednak wypada: co ma zapewnić moc legitymizującą taki ustrój?. Otóż „tym czymś” jest demokratyczna procedura, na którą składają się dwa elementy:

  1. Równy polityczny udział obywateli w byciu podmiotami (nie przedmiotami!) praw oraz uczestnictwo w ich tworzeniu;
  2. dyskursywny (oparty na ścisłym logicznym wnioskowaniu) charakter sporów, prowadzonych w warunkach określonych przez wymogi dyskursu, przez co rozumiem, że jego rezultaty mogą być społecznie akceptowane.

Państwo świeckie absolutnie nie potrzebuje dla swego bytu jakiegoś pierwiastka boskiego.

Mówi się dziś w Polsce, że bez religii katolickiej Polski być nie może. Tymczasem właśnie innym jeszcze źródłem świeckiej legitymacji ustroju państwowego jest – jak mawiał Hume – „samowiedza demokratycznego państwa konstytucyjnego”, to znaczy pewien rozum publiczny (a nie Boży!), jaki wykształcił się w ramach tradycji filozoficznej. Zgodnie z tym założeniem ludzie dysponują wspólnym dla wszystkich rozumem, w ramach którego można argumentować publicznie w taki sposób, by te argumenty były zrozumiałe i akceptowalne dla wszystkich. Religii żadnej mieszać tu nie potrzeba.

W moim rozumieniu podstawą uprawomocnienia ładu państwa świeckiego jest tylko doświadczenie historyczne oraz procedury prawne. Tym samym religia traci moc legitymizacji systemu politycznego, przestaje także pełnić funkcję podstawy prawa. Nie może już być ona jedynym albo naczelnym oparciem dla moralnych i metafizycznych motywacji przestrzegania prawa czy wywiązywania się ze swych zobowiązań. Religia w państwie świeckim nie sankcjonuje także zwierzchniej władzy państwowej, przynajmniej nie tak, by mogła być narzędziem wykorzystywanym przez władzę w sposób wyrafinowany jako źródło legitymacji dla egzekwowania surowego prawa moralnego dotyczącego życia intymnego obywateli. Jej rola zostaje ograniczona: po pierwsze, nie jest źródłem legitymacji dla nieograniczonych rządów władcy, po drugie, nie jest orężem w walce o czystość moralną obywateli – jak chciałby tego Macierewicz.

Jedynym obowiązkiem państwa świeckiego wobec religii jest tolerancja religijna. Nie ma nic wspólnego z demokracją model ustrojowy, w którym państwo narzuca wszystkim jeden wybrany styl życia w ramach społeczeństwa przecież różnorodnego. Żadna wspólnota światopoglądowa nie może dominować nad innymi czy w najmniejszym choćby stopniu wywierać presję (nawet moralną jedynie) na mniejszość.

Oczywiście każda wspólnota ma prawo do swych praktyk i rytuałów (jeśli nie podlegają wyszczególnionym w ustawach ograniczeniom). Nie ma w nowoczesnym modelu państwa czegoś takiego jak „religia państwowa” czy traktowanie obowiązków religijnych jako wymogów de facto prawnych. Zasada separacji sfery religijnej od sfery państwa nie oznacza – rzecz jasna – prześladowania religii, ale określa ścisłe ramy funkcjonowania danej religii w obrębie państwa, poza które to ramy wyjść jej nie wolno.

To wszystko, o czym w kosmicznym wręcz skrócie, napisałem powyżej świadczy, że w obszarze separacji państwo – Kościół, w Polsce źle się dzieje, a kwestia ta stanowi pilne wyzwanie rzeczywistości.

avatar

Przemysław Leszek Lis

Prawnik, publicysta

Urodził się w Rzeszowie w roku 1980. Studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, specjalizując się w dziedzinie prawa karnego materialnego i procesowego. Odbył także studia z zakresu psychiatrii sądowej i seksuologii sądowej na Faculté de Droit at Université Jean Moulin Lyon 3 w Lyonie (Francja). Od roku 2014 jest członkiem honorowym Association Internationale De Droit Pénal — Paris (Międzynarodowe Towarzystwo Prawa Karnego w Paryżu). Obecnie jest studentem studiów doktoranckich III stopnia (prawo karne) na WSPiA Rzeszowska Szkoła Wyższa w Rzeszowie.

Print Friendly, PDF & Email
Print Friendly, PDF & Email