Zbigniew Szczypiński: Puste miejsce władzy – naprawdę?

Rozmaitości

27.08.2019

No to jak to jest z władzą w demokracji? Kto rządzi? Kim jest przywoływany przez rządzących suweren?

Próba — ale tylko próba — odpowiedzi na takie pytania prowadzi nas do zapętlenia. Demokracji — ale jakiej demokracji? Przecież nie tej ateńskiej, ta nie wytrzymuje nawet najprostszej krytyki formułowanej z pozycji obecnych praw człowieka i obywatela. Jeżeli obecnie martwimy się o zagrożenia demokracji, a nawet więcej – mówimy o kryzysie demokracji, to dodajmy do niej wyróżnik – liberalnej demokracji. To kryzys, światowy kryzys liberalnej demokracji — obserwujemy go obecnie w wielu krajach, w różnych częściach globu.

Mówimy o światowym kryzysie demokracji i zagrożeniu faszyzmem – bo to zwykle faszyzm lub jego elementy wchodzą w puste miejsce, po upadku wartości i instytucji liberalnego państwa.

Użyłem wyrażenia – „puste miejsce” celowo i świadomie. To w konstrukcjach teoretycznych Claude’a Leforta kategoria „pustego miejsca władzy” jest kluczowa, to na niej Lefort opiera swoją teorię.

Nie czas tu i miejsce, aby wchodzić w subtelne rozważania różnych filozofów polityki, jesteśmy tu i teraz, kampania wyborcza do Sejmu i Senatu wkracza w decydującą, rozstrzygającą fazę.

Scena polityczna wydaje się ukształtowana – o miejsca w parlamencie walczyć będzie rządząca Zjednoczona Prawica oraz Koalicja Obywatelska obejmująca polityków Nowoczesnej i Samorządowców, polityków Inicjatywy Polskiej Barbary Nowackiej, a także różne postaci z lewicy. Scenę uzupełnia blok lewicowy startujący z list SLD, grupujący polityków tej partii oraz Wiosny i Partii Razem, oraz Koalicja Polska obejmująca PSL I Kukiz 15. W przedwyborczych sondażach wynik powyżej 5% progu uzyskuje także Konfederacja Wolność i Niepodległość, partia ekstremalnie prawicowa, odwołująca się do nacjonalistycznych wartości, a nawet faszyzująca w swoim programie i formach działania.

I to tyle. Pewnie będą jeszcze jakieś inne komitety wyborcze, ale scena polityczna jest taka i nic obecnie nie wskazuje na możliwość zaistnienia jeszcze jakiegoś nowego podmiotu, ugrupowania czy partii mającej szansę na wejście do polskiego parlamentu.

Za mniej niż dwa miesiące znane będą wyniki i kształt polskiego parlamentu. Od tego, jaki on będzie, zależeć będzie wszystko, zależeć będzie to czy pójdziemy dalej drogą wytyczoną przez Jarosława Kaczyńskiego, prezesa partii Prawo i Sprawiedliwość, która jest jego prywatną własnością, partii, w której prezes może zrobić wszystko, a jej członkowie nic. Tak stanowi statut partii napisany przez Kaczyńskiego, uwzględniający bolesną lekcję lat 2005 – 2007, w których PiS rządził w koalicji z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem. Pamiętacie to jeszcze?

Nic nie jest przesądzone, to jest czas kampanii wyborczej. To jest czas bardzo dynamicznych procesów. Jeżeli ktoś mówi, że już jest po wyborach, że już je wygrało Prawo i Sprawiedliwość to jest więcej niż „pożytecznym idiotą”. Powiem wprost – jest szkodnikiem. Jeżeli tyle ma do powiedzenia, to niech nic nie mówi – tak będzie lepiej. Dla wszystkich, dla niego też.

Pamiętacie stary dowcip — czym różni się polityk od muchy? Odpowiedź — w zasadzie niczym: i polityka i muchę można zabić gazetą!

Gdy toczy się walka o wszystko, gdy rządzący wiedzą, ile nabroili; ile popełnili uchybień i przestępstw; ile razy złamali konstytucję, na którą przysięgali, obejmując stanowiska i urzędy; ile razy nie wykonali prawomocnych wyroków sądów; ile toczy się postępowań przeciwko państwu polskiemu w europejskich trybunałach i sądach — musimy być przygotowani na każdy szwindel tej władzy. Już teraz trzeba zadbać o objęcie wyborów nadzorem organizacji międzynarodowych, powołać i przeszkolić naprawdę liczne kadry społecznych mężów zaufania, zadbać o każdy szczegół procedury wyborczej.

Kampania będzie brutalna. Władza uruchomi wszystkie służby, aby uzyskać efekt zastraszenia, obieca wszystko – nawet to, czego nie ma. Zatańczy na każdym ludowym festynie, przełamie tysiące dożynkowych chlebów. Wiem jedno — ta partia nie cofnie się przed niczym, aby władzy raz zdobytej przez przypadek — nie oddać nigdy.

Co mamy po naszej stronie – mobilizację i pospolite ruszenie. Bardzo to polskie, bardzo to nasze.

Do wszystkich ludzi walczących o normalność, o to, abyśmy nie znaleźli się w czarnej d*, jak mawiał Stefan Kisielewski, dodajmy przekonanie, że słuszność jest po naszej stronie, że te 4 czy 5 milionów wyznawców PiS i jego „500 +” to zdecydowana mniejszość mających bierne prawo wyborcze. Trzeba tylko uwierzyć, że zwycięstwo jest możliwe. Pod jednym wszelako warunkiem — żadnych walk bratobójczych, żadnych pojedynków pomiędzy przedstawicielami opozycji. To nie jest wielki wysiłek — odłożyć na bok różne swary i animozje. One wrócą — ale po wyborach.

Po zwycięskich wyborach trzeba będzie porządkować Polskę na nowo. Nie będzie strajku w Stoczni Gdańskiej — bo nie ma Stoczni. Nie powstanie żaden ruch na miarę tamtej Solidarności, tamtej, bo przecież Solidarności też nie ma — jej czas się wyczerpał. Jesteśmy mądrzejsi o tamte doświadczenia i to musi nam wystarczyć.

Zagrożenie jest takie jak wtedy, trzeba tylko nowych ludzi i wiary, że wszystko jest możliwe.

Nasza wygrana jest nie tylko możliwa, ale jest też konieczna. Konieczna dla wszystkich; paradoksalnie również dla rządzących, aby nie wepchnęli Polski w czarną dziurę autorytaryzmu, z której sami się nie wygrzebią bez spowodowania nieodwracalnych szkód. Także dla siebie.

Tym wszystkim, którzy są niezadowoleni z miejsca na listach wyborczych w swoich ugrupowaniach, tym którzy mówią, że z takiego miejsca to nie startuję, bo to nie jest biorące miejsce, chciałbym powiedzieć prosto – jeżeli tak myślisz, jeżeli tak uważasz, to nie ma dla ciebie miejsca w polityce. Tu nie chodzi bowiem o indywidualny interes do zrobienia, tu chodzi o naprawdę wielkie sprawy. Każdy, z pierwszego, siódmego, trzynastego czy innego miejsca ma walczyć tak, jakby od tego zależało jego życie. Ordynacja wyborcza do Sejmu jest taka, że każdy głos oddany na listę ugrupowania wyznacza liczbę mandatów przypadających temu ugrupowaniu.

I tylko to się liczy, i tylko o to chodzi w tych wyborach.

Zbigniew Szczypiński

Polski socjolog i polityk

Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni – poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku, od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Przewodniczący Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
Print Friendly, PDF & Email
Bogdan Miś

Urodzony w 1936 roku dziennikarz popularnonaukowy. Z wykształcenia matematyk. Długoletni wykładowca szkół wyższych.