Bogdan Miś: Jaka telewizja?

14.03.2019

Niedawno Towarzystwo Dziennikarskie odbyło spotkanie dyskusyjne nad mediami publicznymi w erze po wyborach; przy założeniu, że wybory te wygra opozycja. To zresztą założenie oczywiste, bo jeśli opozycja nie wygra, to nie ma w ogóle o czym mówić.

W toku dyskusji padały pomysły i sformułowania bardzo rozmaite. Od radykalnego i dość absurdalnego czyjegoś poglądu, przywołanego przez Jacka Żakowskiego, którego autor postulował, aby media publiczne w ogóle zlikwidować – po rozmaite propozycje modyfikacji stanu obecnego. Zgłoszono także kilka propozycji szczegółowych, jak na przykład godną uwagi myśl o potrzebie stworzenia wielkiej nowoczesnej uczelni dziennikarskiej, przygotowującej kadry dla nowych mediów z uwzględnieniem takich zjawisk, jak istnienie mediów społecznościowych.

Nie chcę tu jednak streszczać tej dyskusji. Zabrałem w niej głos z konieczności zwięźle i krótko (bez wzbudzania szaleńczego aplauzu na sali szczerze mówiąc…); tu pragnę zatem temat rozwinąć. Zastrzegając, że są to dość luźne przemyślenia człowieka, który po prostu ćwierć wieku swej aktywności zawodowej spędził w telewizji, ma więc o niej jakieś tam pojęcie – choć prawdą jest również, że było to tak dawno, że nie jestem pewien, czy to pojęcie ma jeszcze jakiś sens.

Nie twierdzę więc, że mam absolutnie skuteczną receptę na wszelkie dolegliwości dzisiejszych mediów publicznych, w szczególności telewizji. Poddaje jednak tych kilka koncepcji pod rozwagę. Może się – choćby częściowo – okażą przydatne.

Skąd kasa?

Pierwsza rzecz to konieczność zmiany statusu prawnego telewizji. I nie tylko o to chodzi, że ogromnie mi doskwiera zapis o obowiązku przestrzegania „wartości chrześcijańskich”, który – dzięki swej ogólności – daje władzy niewyobrażalnie silne narzędzie eliminowania niemiłych jej poglądów; nawet nie przede wszystkim o to.

Co innego jest ważniejsze.

Obecnie – od czasu transformacji ustrojowej lat 90. – jest telewizja (podobnie inne państwowe media elektroniczne) spółką prawa handlowego. To usytuowanie zmusza telewizję (dalej ograniczę się tylko do tego medium) do pogoni za oglądalnością, ponieważ z nią się wiążą dochody z reklam. Oraz do ciągłej walki o obniżkę kosztów. Wynikają stąd jednak same nieszczęścia – jak choćby wypączkowanie dziesiątek rad nadzorczych i innych tzw. ciał kolegialnych, służących wyłącznie jako miejsce synekur politycznych partii akurat rządzącej.

A także to, że takie usytuowanie wymusza podlizywanie się programowe nawet najgorszemu motłochowi – i stąd te programy „biesiadne”, kabaretony z dowcipasami dla idiotów i różne takie. No i to, że pracownicy Firmy (jak kiedyś nazywaliśmy „fabrykę” na Woronicza) są traktowani przez kolejne zarządy jak chłopstwo folwarczne przez dziedzica.

Tymczasem media publiczne – i telewizja, i radio – powinny być utrzymywane z budżetu państwa i (przynajmniej, gdy chodzi o główne kanały) uwolnione całkowicie od reklam. Tak, wiem, że to musiałoby kosztować; wiem nawet ile: około 2,5 miliarda złotych rocznie. To trudna decyzja, ale – w moim głębokim przekonaniu – niezbędna.

Jaki widz?

Idąc za ciosem: można by wówczas (i trzeba; nie będę co chwila powtarzał „moim zdaniem”, proszę sobie te słowa po prostu dopisywać…) zmienić adresata. Zabrzmi to, jak herezja, ale trudno: chodzi mi o całkiem innego odbiorcę.

O równanie programowe nie do widza najgorszego, bez wykształcenia, z głębokiej prowincji – ale do człowieka z co najmniej średnim pełnym wykształceniem, oczytanego, już nieco nawykłego do wyższej kultury.

Którego nie będzie się w żadnym razie łapało na pokazywanie wróżek ani żadnych chamskich reality shows. Ani nie chwytało na „kontrowersyjność” na przykład w wykonaniu antyszczepionkowców czy innych płaskoziemców. Któremu nie będzie się grało na emocjach i prostackim pojmowaniu „pluralizmu” przez pokazywania „różnych punktów widzenia”, jak się elegancko zwykło nazywać ordynarne pyskówki polityków…

Komu to służy

Takie podejście oczywiście radykalnie zmniejszy widownię. Ale powiedzieliśmy przecież, że wobec zakładanej zmiany statusu prawnego i likwidacji potrzeby zysku – może to nas finansowo nie obchodzić. Argument zaś – czasami w związku z tym przytaczany – że w ten sposób odcina się władzę czy partie polityczne od możliwości szerokiego dotarcia do obywateli – jest bez sensu. Bo dociera się wprawdzie nie do pojedynczego człowieka, ale kogoś znacznie ważniejszego: lidera opinii publicznej, który jest z reguły lepiej przygotowany intelektualnie od ludzi, którym przewodzi.

Tak przy okazji: lansowany niegdyś pogląd, że „kto ma telewizję, ten ma władzę” warto zastąpić mądrzejszym „kto ma telewizję, straci władzę; prędzej czy później”. Bo wiadomo od dawna, że siła perswazyjna tego medium dotyczy tylko „swoich”: przekaz telewizyjny wzmacnia przekonania widza, ale ich nie zmienia. Czyli – kto kocha władzę „mającą telewizję” – będzie ją kochał jeszcze bardziej; kto władzy nie lubi – albo dostanie furii, albo po prostu zrezygnuje z oglądania. Niczego nie straci, mając na ogół do dyspozycji kilkadziesiąt kanałów.

Wracając do głównego wątku.

Jednocześnie uruchamia się pewien mechanizm, którego – wydaje mi się – obecni kierownicy medialnego ogródka boją się jak ognia. Mianowicie – mechanizm automatycznego równania w górę. Jeśli ogólny poziom mediów będzie odrobinę wyższy od poziomu odbiorcy, to – jestem głęboko przekonany – będzie on chciał się kształcić, by oglądanym na ekranie dorównać. Jak w sporcie.

Tymczasem dziś myśli się głównie o tym, by widz nie poczuł się – Boże broń! – obrażony tym, że ten „z okienka” jest lepszy, więcej wie, czy umie.

No i mamy to, co mamy.

Zmieniając usytuowanie prawne mediów i obraz pożądanego odbiorcy – możemy pomyśleć o dwóch piekielnie ważnych sprawach. Po pierwsze, o odsunięciu od wpływu na media polityki, polityków i ideologów.

Ładnych parę lat temu uczestniczyłem w jakimś party. Nie zdziwiłem się, gdy podszedł do mnie jakiś nieszczególnie wyglądający pan i wylewnie zaczął mi ściskać dłonie; miałem wówczas jeszcze tzw. telewizyjną mordę, choć już w telewizji nie działałem, i to było zachowanie dość typowe. Ów pan zakomunikował mi, że „w pewnym sensie” jesteśmy kolegami, ponieważ on pełni akurat funkcję zastępcy redaktora naczelnego pewnej ważnej redakcji telewizyjnej. Troszkę to wydało mi się dziwne, bo „ludzi z branży” znałem jeszcze nie najgorzej; a pan był mi całkowicie obcy. Spytałem więc – skąd trafił do telewizji?

 Moja partia mnie postawiła na to stanowisko – odparł gość z pewną dumą. – A czym się pan przedtem zajmował? – zapytałem.

–  O, też miałem poważne stanowisko – odparł. – Byłem zastępcą szefa rzeźni w O…

Protegowanych usunąć

No więc tego typu sytuacje w tych moich wymarzonych mediach „popisowskich” zdarzyć się nie mają prawa. Miejsce na etacie twórczym czy dziennikarskim jest tylko dla twórców i dziennikarzy. Nikogo na nim z „naszych” „postawić” nie można, jeśli się nie chce doprowadzić do katastrofy. Takiej, jaką widać.

Tak na marginesie: jakoś nikt nie myśli o tym, żeby „postawić” swojaka na miejscu dźwiękowca, reżysera światła czy realizatora obrazu. Bonzowie partyjno-polityczni widać zrozumieli, że w niektórych przypadkach fachowca może zastąpić tylko fachowiec. Trzeba im zatem wbić – siłą lub sposobem – do pustych nadętych łbów, że dotyczy to wszystkich pracowników mediów. Absolutnie wszystkich.

Inna rzecz, że politycy i – niestety – posttransformacyjni zarządcy mediów traktują również i fachowców z telewizyjnej produkcji i techniki w sposób urągający wszystkim normom. Za tzw. dawnych czasów też różnie bywało. Ale tak, jak w „Odrodzonej Polsce” – jednak nie. To po prostu oburza.

Warunki pracy

Skoro zaś mówimy o odcięciu polityki od mediów, to jeszcze jedno. Ich twórcy —tak dziennikarze, jak technika i produkcja– muszą być niezależni w pewnym sensie także (wiem, że to pozorny paradoks) od przełożonych. Dziś, gdy człowiek ma głodową pensję i uzależniony jest bytowo całkowicie od umieszczenia „w grafiku” pracy, co mu dopiero da w miarę godziwy zarobek – przełożony wcale nie musi stosować żadnego mobbingu, aby wymusić pożądane zachowania podwładnego. On mu po prostu da zarobić – albo nie.

Dlatego twórcy mediów muszą mieć godziwe etaty (nie chodzi mi o jakieś śmieszne sumy, ale o kwoty porównywalne na przykład z pensją majora w wojsku dla człowieka z jakimś dorobkiem twórczym, uzyskanym w ciągu – powiedzmy – pięciu lat pracy), zaś samozatrudnienie, „umowy o dzieło”, zlecenia czy jakiś durny outsourcing – powinny być surowo zakazane lub stosowane na zasadzie absolutnego wyjątku (powiedzmy: przy jednorazowym wykorzystaniu, występie w programie itp.). Wiem, że to podnosi koszty pracodawcy. Trudno.

Dla kogo i po co?

Jak jednak odciąć polityków i jednocześnie podnieść poziom dziennikarstwa? Gdy chodzi o udział w programach – to banalnie proste. Już to kilkadziesiąt lat temu przerabialiśmy. Otóż politycy powinni mieć po prostu zakaz występowania w mediach na żywo. Nic mnie nie obchodzi (i Kowalskiego też nie powinno), co myśli na jakiś temat polityk; od tego jest dziennikarz, by jego poglądy zreferować i streścić. Ładnym językiem, rzetelnie, bez stękania; i jak delikwent bredzi, to mówiąc, że bredzi. Eliminujemy zatem wszelkie pseudodyskusje i będące ordynarnymi pyskówkami spory, stanowiące w gruncie rzeczy tylko okazję do lansowania co bardziej agresywnych i naładowanych testosteronem osobników.

Rzecz jasna: bez przesady. Jak premier będzie chciał coś narodowi powiedzieć, to trzeba mu ten kwadransik w okienku zapewnić (prezesowi jakiejkolwiek partii – nigdy w życiu). Na wywiad — byle z reguły nie na żywo! — z ministrem też się czas powinno znaleźć. Ale o transmitowaniu spędów partyjnych – zapomnijcie. W każdym razie w publicznych mediach. Bo jak partia znajdzie frajera komercyjnego, który im udostępni swoją antenę – proszę uprzejmie. Za zdrową kasę partyjną, naturalnie. Ale zadania mediów publicznych, to głównie służenie pomocą społeczeństwu obywatelskiemu, edukacja i kultura. Wysoka kultura. W dalszej kolejności — rozrywka. Ambitna!

W żadnym wypadku lans i naparzanka.

Jak jednak odsunąć polityków (a także na przykład Kościół) od mediów publicznych w sensie zarządczym?

Jak ich odsunąć?

Ha, to jest problem. Ktoś w końcu musi tego prezesa radia czy telewizji oraz jego zastępców mianować. Kogo – i na jakiej podstawie?

Kogo – określić stosunkowo łatwo. Powinien to być twórca o dużym dorobku, najlepiej w identycznym lub podobnym medium. Znający biegle przynajmniej dwa języki. Oczywiście, z wyższym wykształceniem. Oczywiście, z wieloletnim doświadczeniem w kierowaniu zespołami twórczymi. W wypadku telewizji – może to być dziennikarz, reżyser filmowy lub teatralny; gdzie indziej bym nie szukał. Żadnych „specjalistów od zarządzania i marketingu”, precz z nimi.

Kandydat na posadę, o której mówimy, powinien sam się zgłosić do otwartego konkursu, przedkładając przy tym opinię o sobie od jakichś godnych zaufania gremiów (z których wykluczamy organizacje religijne!). Oraz od byłych podwładnych. Powinien także przed konkursem zostać poddany dogłębnemu badaniu psychologicznemu, które wykluczyłoby start osoby np. nieodpornej na stres lub ze skłonnościami autokratycznymi.

A także zwykłego chama, których na stanowiskach jest ci u nas dostatek; ale to tak na marginesie.

Bo telewizja, to takie medium, którym zarządzać wrzaskiem i represjami się nie da. Szef tej instytucji nie może ani przez moment poczuć się jej właścicielem, ani reprezentantem jakiejkolwiek władzy wyższej. Ma się czuć „pierwszym wśród równych” i reprezentantem ich właśnie wobec innych. Mogłoby mu w uzyskaniu takiego samopoczucia powołanie dwóch rad – dziennikarsko-artystycznej i produkcyjno-technicznej, które raz w roku debatowałyby nad wotum zaufania dla szefa; i jeśliby zgodnie mu tego zaufania odmówiły, powodowałoby to automatyczną dymisję. I to – poza śmiercią i rezygnacją ze stanowiska – byłby jedyny sposób, aby odwołać szefa przed końcem kadencji.

Konkurs

No i teraz sam konkurs. Przyznaję: tu jest prawdziwy kłopot. Proponuje się (bo to pomysł nie mój i nienowy), by komisja konkursowa składała się na przykład z 15-25 ludzi, wylosowanych spośród rektorów wyższych uczelni (wyłącznie państwowych), wskazanych przez Akademię Nauk uczonych, i związki twórcze (z wyjątkiem stowarzyszeń dziennikarskich, które – a w każdym razie jedno… – są zbyt powiązane ze światem polityki). Oraz spośród sędziów Sądu Najwyższego.

Ale czy tak? Do końca nie jestem przekonany.

W każdym razie w skład takiej komisji nie mógłby wchodzić nikt należący obecnie lub w ciągu poprzednich 10 lat do żadnej partii ani piastujący stanowisko państwowe od wiceministra w górę, lub będący kiedykolwiek posłem czy senatorem.

I tak wyłonione kierownictwo dobrałoby sobie resztę personelu kierowniczego – różnych redaktorów naczelnych, dyrektorów pionów itp. – wedle własnego uznania. Z prawem do użycia w tym celu rozmaitych agencji „łowców głów”.  I byłoby nieusuwalne (poza sytuacjami opisanymi powyżej) przez minimum rok dłużej, niż wynosi okres między wyborami Sejmu.

Jeszcze jedno – na zakończenie. Na tej dyskusji w TD zgłosiłem propozycję, której podjęcie – jak sądzę – mogłoby wiele spraw ułatwić (bo, prawdę mówiąc, w spełnienie wyżej przedstawionych pomysłów jakoś mało wierzę). Mianowicie – czy nie warto podjąć starania, by Unia Europejska uchwaliła jakiś sensowny pakt medialny, który by obowiązywał wszystkich jej członków? Jeżeli udało się, chociaż częściowo, uspokoić sytuację wokół sądów, a w każdym razie – mocno skomplikować rządzącym życie – to może i to by się udało…

Ale nie wzbudziło to oddźwięku na sali. Wydaje mi się, że ktoś się nawet zaśmiał.

Ten tekst pewno też wywoła u wielu odruch pukania w głowę. Trudno. Biorę to na klatę.

Bogdan Miś

Print Friendly, PDF & Email
Print Friendly, PDF & Email