Insynuatorzy

Będzie to pieśń o Boyu. Nie o translatorze, teatralnym recenzencie, o mędrcu budzącym zawiść literatów takich, jak Irzykowski (biedny Żeleński: trafił na autora wybitnego drugiej kategorii. Inaczej mówiąc, pyszałkowata mrówka wzięła się za gwałcenie słonia!), lecz o społeczniku.

Przez dosyć długi czas byłem przekonany, że pomiędzy artystami istnieje więź, porozumienie dusz i serc, że są połączeni wzajemną życzliwością wynikającą z posiadania talentu. Jednak gdy te naiwne przeświadczenia odkształciły się pod wpływem czytania utworów podobnych do Beniaminka, zastanowiło mnie, czy nienawiść i gryzienie po kostkach nie są to aby cechy powszechniejsze, niż przypuszczałem.

Lubię Irzykowskiego, ale tylko z tego powodu, że jest częścią literatury, a literaturę trzeba kochać z całym dobrodziejstwem inwentarza. Wszelako za cholerę nie mogę podziwiać go za Beniaminka.

W tym utworze, niczym w zbiorniku nieczystości, nagromadził wszystkie swoje pretensje i jadowite zarzuty wobec rosnącej sławy Boya. Przytoczył zbitki cytatów wyrwanych z kontekstu, pomyje niegodne mistrza, za jakiego chciał uchodzić.

Co znajdowało się na boyowskim koncie jako plus, pod piórem Irzykowskiego przekształciło się w minus, zarzut, kpinę, szyderstwo wynikłe z bezradności. Pisał, że Boy tłumaczył niepotrzebnie, za dużo i źle, zastanawiał się, czy ktoś to w ogóle może czytać, pytał, po co Balzak, Stendhal, Molier, całe to zamieszanie z obsceniczną literaturą francuską i kiepściutkim przekładem Prousta. Z czego wysnuł wniosek, że co najmniej połowę tych spolszczeń i przybliżeń należałoby zlikwidować.

Przyczepił się również do aktywności Boya na polu obyczajowych absurdów. Do Fundacji Kropla mleka, do wydawanej własnym sumptem Biblioteki Boya. Do stawania w obronie kobiet i dzieci; pomówienie za pomówieniem, brednia za brednią.

Błyskotliwy felietonista o niekościelnych poglądach, zawołany dziennikarz, autor Słówek, filar kabaretu Zielony Balonik, społecznik piszący o doli kobiet, świadomym macierzyństwie i jego braku skutkującym aborcją (przykra wiadomość dla demagogów: nigdy nie był jej propagatorem, tylko opowiadał się za seksualną edukacją. Tak jak nigdy nie stosował głupawych ataków na religię, tylko zwalczał hipokryzję. Drażniącą świętoszkowatość.).

Humanista poruszający problemy aktualne i często nierozwiązane do dziś, lekarz o niewygodnych przekonaniach, wróg koturnowości i nabzdyczonej egzaltacji, odbrązawiacz pisarskich sław, bezkompromisowy krytyk teatralny i obyczajowy komentator, wydawca i zarazem tłumacz o osiągnięciach rozsadzających ludzkie wyobrażenia, publicystyczny drapieżnik niepozwalający sobie dmuchać w nos, zadziorny interlokutor o języku wyparzonym w niejednej polemice, Boy — o którym Stanisław Mackiewicz wyraził się, że jest to pierwszy polski pisarz po Żeromskim i Sienkiewiczu — mawiał w swoich prowokacyjno-zaczepnych felietonach, że jak go nikt nie napada, czuje się niekomfortowo, tak że z radością powitał autora Pałuby w gronie oszczerców.

Irzykowski miał talent niepokaźny, Boy – wielki: łączył ich więc kompletny brak poczucia więzi, a dzieliło spojrzenie na literaturę. Oraz odmienne temperamenty: one to zadecydowały o niepodobieństwie porozumienia obydwu tak różnych pisarzy.

Irzykowski to klerk zanurzony w ekskluzywnym przeżywaniu, odległy od rzeczywistych problemów, typowy mól książkowy, teoretyk prawdziwego życia. W odróżnieniu od Boya, człowieka czynu i zwolennika twardego stąpania po ziemi, okazał się człowiekiem z gatunku tych, o jakich pisał Lec: mszczą się ludzie mali, bo nie powyrastali.

*

Insynuatorów nie brakowało nigdy. Zawsze można było liczyć na to, że jak który pisarz, publicysta czy polityk wyrośnie ponad zwykłą miarę, znajdzie się ktoś, kto da mu po łapkach, kto, jak ogrodnik z sekatorem, przystrzyże mu to i owo, a sprowadzając go do swojego, niziutkiego poziomu, sfastryguje mu osiągnięcia pod swój kołtuński gust.

Dokąd przyszli wielcy trzymają się przyjętych konwencji i nie walczą ze stereotypami, są traktowani lekceważąco przez resztę twórców, bo nie stanowią zagrożenia. Ale jeśli zaczyna być o nich głośno, kiedy gołym okiem widać, co sobą reprezentują i dokąd zmierzają, z głębokiego nieistnienia wydobywa się sfora zawistników gotowych jątrzyć, wybrzydzać i rozdmuchiwać, umniejszać i podawać w wątpliwość to wszystko, czego sami nie są w stanie pojąć.

Pół biedy, gdy do wydziwiania przystępują upośledzeni na zdrowym rozsądku, dysponujący prawem do ignorancji. Gorzej, gdy za wybrzydzanie zabierają się chcący uchodzić za wszechwiedzących. Za tych, co w sposób wyzywający i podły, bez żadnego wstydu i zahamowań poczynają strofować mądrzejszych od siebie.

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta, felietonista

Print Friendly, PDF & Email