Wielkie zło

Wielkie zło przejawia się często w momentach błahych, nawet nic nieznaczących. Często natomiast wyolbrzymiamy znaczenie wydarzeń, które nikogo już nie ranią, prawie nic nie zmieniają, a jednak wielu poruszają ponad miarę.

Pomysł na ten tekst pojawił się na przełomie grudnia i stycznia, kiedy przypadkiem trafiłem na pismo „Nowa Konfederacja” z 2014 roku. W środku było kilka wywiadów dotyczących nieprawidłowości na uczelniach, a także wyjaśnienie redakcji odnośnie do osoby prof. Witolda Kieżuna, który w okresie PRL-u współpracował ze służbami bezpieczeństwa, był członkiem ówczesnej elity politycznej. Miałem zamiar zestawić bezkompromisowe podejście do takiego zachowania z lekkim stosunkiem do negatywnych zjawisk, które dzieją się codziennie, na każdym kroku. Niedługo sytuacja nabrała tempa w związku ze śmiercią Pawła Adamowicza, co dostarczyło wiele materiału do analizy.

Autor, przedstawiając zawikłaną sytuację prof. Kieżuna, słusznie twierdzi, że w Polsce nie przyjął się pogląd, aby zawsze skupiać uwagę na problemie, a nie na człowieku. (Taki sposób wywodzi się z chrześcijaństwa, gdzie krytyka dotyczyć ma grzechu, a nie osoby). Nie chcę polemizować z samym tekstem, ale wskażę tylko dwa cytaty, które wyrażają powszechne w naszym społeczeństwie przekonania. „Nie ulega jednak dla mnie wątpliwości – pisze autor – że pójście na agenturalną współpracę z tajną służbą satelickiego wobec Moskwy państewka jest wielkim złem (podkr. E.A.)”. Dodaje też, że porzucenie „antykomunistycznej agendy” po 2007 roku może mieć negatywne skutki, ponieważ jest to „kwestia elementarnej trzeźwości w ocenie i poczucia dobra wspólnego”.

Do problemu zła należy pochodzić poważnie, dlatego trudno uznać opisane czyny za coś szczególnie niegodziwego, tym bardziej po wielu latach. Zło, zwłaszcza wielkie, ma to do siebie, że jest nierelatywizowane. Zagadnienie lustracji, poza procesami sądowymi, pojawia się w momentach medialnego wzmożenia, kiedy ktoś sobie coś przypomni lub – przeciwnie – o czymś zapomniał. W drugiej połowie stycznia 2019 roku temat już nikogo nie obchodzi, jak widać, zło nie jest aż takie wielkie…

Inną sprawą jest łatwość wydawania wyroków na podstawie doniesień medialnych. Osąd wydać może sędzia po zapoznaniu się z dokumentacją sprawy. Wtedy analizowane są zachowania, motywy, przyczyny; obrona stara się działać nawet w sytuacjach beznadziejnych. Tymczasem znaczna większość ferujących wyroki sędziami nie jest…

Jeśli można wartościować ten problem, to większym złem jest sytuacja, w której nadużywa się języka. Kiedy komentatorowi sportowemu wyrwie się, że gol zdobyty przez drużynę narodową jest „bajeczny”, nie ma w tym nic złego. O wiele gorzej, gdy celem wypowiedzi jest pognębienie politycznego oponenta czy wzbudzanie złych emocji, nad którymi później nie będzie można panować.

Nie twierdzę, że język polityki czy intencje polityków powinna cechować dobra wola. Polityka była i będzie cyniczną grą, w której trzeba czynić mniejsze zło, by uniknąć większego. Rzeczy niedopuszczalne w życiu prywatnym, w polityce bywają konieczne. Cynizm zatem nie musi być czymś negatywnym. Leszek Kołakowski mówi, że „nie jest [on] bowiem czym innym, jak jasną świadomością sprzeczności między własnym działaniem a ogółem wartości uznanych w danym środowisku społecznym i milcząco uznanych przez samego cynika; dlatego prawdziwi zbrodniarze nie są cynikami” (Pochwała niekonsekwencji, t. 2, s. 51).

W tym kontekście wydarzeniem, które przebrało miarę, było zabójstwo prezydenta Gdańska. Od razu posypały się oceny i łatwe reakcje na pytanie: kto winien? Spectrum odpowiedzi jest szerokie: choroba psychiczna mordercy, Kościół, „wszyscy, którzy nie poszli do wyborów”, PiS, sam Adamowicz, bo działał tak, a nie inaczej, opozycja, która nakręcała spiralę nienawiści i robi to nadal, system więziennictwa, był to spisek, bo Amber Gold… Zastanówmy się jednak czy było to tylko zwykłe, „cywilne” zabójstwo.

Pięciopunktową tezę, która separuje to morderstwo od polityki, postawił na Facebooku prof. Jacek Bartyzel. W skrócie: 1) zmarłemu należy się nasza modlitwa; 2) ta śmierć budzi żal i gniew, ale nie może usprawiedliwiać zła, które polityk czynił, szczególnie że miało ono wymiar publiczny; 3) zawód polityka wiąże się z podwyższonym ryzykiem, które jest „niwelowane” przez przywileje, honory, zaszczyty, czyli tzw. renta władzy; 4) „Mord na prezydencie Gdańska był indywidualnym aktem pospolitego zbrodniarza, w dodatku chorego psychicznie. Próby nadawania mu znamion «mordu politycznego» oraz obciążania kogokolwiek moralną i polityczną odpowiedzialnością za jego dokonanie są nikczemnością zasługującą na bezwarunkowe potępienie i tylko eskalują klimat wojny domowej, w której od lat pogrążają naszą ojczyznę dwie partyjniackie sitwy, w istocie niewiele się od siebie różniące”; 5) odpowiedzialność prawna – oprócz sprawcy – spada na organizatora imprezy.

Główny nacisk kładę na punkt czwarty. Nie ulega wątpliwości, że zabójstwo to było konkretnym działaniem konkretnej osoby, choć praktycznie wszyscy komentujący sprawę marginalizują ten fakt, skupiając się na tym, co było? (jak do tego doszło?) oraz co będzie? (jakie będą tego skutki?). I słusznie. Sprawą mordu zajmuje się prokuratura, policja, psychiatrzy i inne służby. Istotniejsze są procesy społeczne, które do tego doprowadziły. Wiemy, że informacja o ataku wywołała skrajne emocje, co znalazło wyraz w Internecie, a wśród głosów niedowierzania pojawiały się również komentarze popierające działanie napastnika. W niektórych przypadkach były one usuwane, być może dlatego, by się nie okazało, jakie poglądy i nastawienie wyrażają czytelnicy niektórych portali czy gazet.

Choćby dlatego trudno mówić, że wydarzenie to ma wymiar indywidualny. Tak jak na sprawcę wpłynęły jakieś bodźce, tak informacja o ataku mogła być bodźcem do komentarzy czy prób kolejnych zbrodni. Potwierdza to min. Brudziński, który zareagował na nawoływania do ataku na kolejnych, nieprawomyślnych prezydentów. Aresztowano kilka osób, chyba nie po to, by je przewieźć na badania psychologiczne, a po wykluczeniu choroby psychicznej odwieźć do domu. Powodem był „niewinny” tweet z motywowanymi politycznie groźbami, który nagle stał się istotnym problemem ochrony porządku społecznego.

Zatem odsuwamy sprawę samego zabójstwa, do której rozwikłania potrzeba dowodów, i przechodzimy na poziom bardziej lub mniej dostępnych faktów. Nie wiemy, co było bezpośrednią przyczyną ataku; czy napastnik działał pod wpływem choroby psychicznej, czy była to zaplanowana akcja, o której poinformowani mieli zostać uczestnicy koncertu. Nie wiemy, czy motywem mordercy była zemsta, czy polityczna pasja. Łatwiej natomiast ustalić jego poglądy polityczne. Jeśli prawdziwe są doniesienia mediów, to można powiedzieć, że zamachowiec był zwolennikiem prawicy lub nawet skrajnej prawicy. W ten sposób odchodzimy od wymiaru psychologicznego i przechodzimy do wymiaru społecznego czy politycznego, które są udziałem każdego z nas.

W związku z tym dyskutuje się również problem odpowiedzialności. Choć może „dyskusja” to zbyt mocne słowo; zazwyczaj ma miejsce proste wskazanie odpowiedzialnych za zabójstwo. Sprawa indywidualnej odpowiedzialności prawnej wydaje się jasna, do czego dochodzi kwestia zabezpieczenia imprezy. Jednak komentujący morderstwo chcą wiedzieć, kto jest odpowiedzialny za wytworzenie sytuacji społecznej, w której dominuje nienawiść i pogarda. Dostrzegają ją nawet ci, którzy w zabójstwie prezydenta Gdańska nie widzą wymiaru politycznego. Odpowiedzialność wiąże się z dbaniem o coś lub o kogo bądź ze świadomością ponoszenia konsekwencji swoich czynów. W przypadku wytworzenia atmosfery nienawiści nie da się powiedzieć, że jedna lub druga strona jest za to w pełni odpowiedzialna. Przystępując i biorąc udział w grze politycznej, każdy ją dodatkowo nakręca i dolewa do niej paliwa.

Jednak nie każdy jest odpowiedzialny na równi. W polityce zazwyczaj większą odpowiedzialność ponosi silniejszy. Ten, kto ustala ramy debaty, potem korzysta na tym, bo rozgrywa grę po swojemu. Narzucenie języka jest więc krokiem w stronę sukcesu. Ciekawe i paradoksalne jest to, że narzucający swój język nie muszą stać u steru rządów, nie muszą mieć wojska, ani pieniędzy, ponieważ chodzi tu o siłę w ujęciu względnym. Według obiektywnych wskaźników będą oni słabi, a jednocześnie skuteczni.

Znamy takie przypadki z naszej historii, kiedy przed powstaniem listopadowym zaczęła dominować retoryka romantyczna wzywająca do buntu, do postawienia wszystkiego na jedną kartę lub kiedy przed powstaniem styczniowym zaczęło się rewolucyjne wzmożenie moralne i żałoba za utraconą Ojczyzną. Zygmunt Szczęsny Feliński, metropolita warszawski, pisał, że „trwoga owej niewidomej władzy, o której wiedziano, że nie przebiera w środkach, była tak wielka, że ludzie najumiarkowańsi, a nawet do składu rządu wchodzący, woleli opłacić się niż narazić na zemstę” (Pamiętniki, s. 526), a chodziło o jednorazową opłatę na rzecz Komitetu Centralnego w wysokości dziesięciu procent majątku. Zjawisko jest znane i opisane w literaturze jako „makiawelizm uciśnionych” albo „powstańczy szantaż”.

Kiedy przysłuchać się wypowiedziom polityków formacji rządzącej, uderza to, że choć u steru rządów stoją już kilka lat, za wszystko złe, nadal obwiniają poprzedników. Krzyczą, że opozycja nie ma nic do powiedzenia, nie ma własnych programów i jest w zasadzie tylko anty-PiS-em. W drugim twierdzeniu sporo jest racji, ale kłóci się ono z pierwszym.

Rafał Matyja w wydanej ostatnio książce Wyjście awaryjne wskazuje, że „atutem tego języka [którym posługuje się PiS – E.A.] jest właśnie podważenie porządku logicznego porządków ukształtowanych po 1989 roku. To, że język ten wydaje się absurdalny, jest – w optyce Kaczyńskiego – jego zaletą. Buduje korzystny dla niego podział i impregnuje ufne rzesze jego zwolenników wierzących w telewizyjną propagandę na jakiekolwiek oddziaływanie ze strony zdeklarowanych przeciwników obecnej władzy” (s. 167). Wydaje się więc, że to PiS jako silniejsze narzuca ramy obecnego języka: wszechobecne odwołania do historii, używanie religii jako instrumentu politycznego, wprowadzenie „godności” jako kategorii politycznej, znane wszystkim retoryczne podziały (Polska liberalna kontra solidarna, my tu, gdzie wtedy – oni tam, gdzie wtedy ZOMO, my dążymy do prawdy – oni osaczeni kłamstwem) itd.

Widać też, jak słabsi potrafią przeciwstawić się władzy, a PiS, które dominowało w przestrzeni publicznej na długo przed utworzeniem rządu, nie może zrobić tyle, ile by chciało. Pokazują to protesty związane z projektami zaostrzającymi stosowanie aborcji. Wstępne próby zmiany prawa wyprowadziły rzesze ludzi na ulice, a partia rządząca musiała w tej sprawie odpuścić. Najlepszym potwierdzeniem tego, że słabsi mogą być skuteczni mimo nieproporcjonalnych środków, że są jeszcze jakieś siły społeczne, które opierają się narzucaniu retoryki władzy, jest krytyka PiS-u za opieszałość we wprowadzaniu zniewalającego projektu przez główną przedstawicielkę organizacji pro-life Kaję Godek.

W takiej sytuacji dochodzenie, kto rozkręcił proces nienawiści i pogardy jest pozbawione sensu. Twierdzenie, że opozycja też nadużywa języka, co ma usprawiedliwiać działania silniejszych, również jest nie na miejscu. W czasach tak silnego udziału i wpływu mediów niestosowanie się do skandalicznego poziomu debaty publicznej wiąże się z porażką. Ten, kto nie wpisuje się w dominującą retorykę, już na starcie jest przegrany. Jednak obniżenie standardów dotyczy w głównej mierze silniejszych – warto o tym pamiętać!

Problemem jest nie tylko język polityków, nie istnieją oni przecież w próżni, lecz wyczuwają, w jakim stopniu i jak można mówić o swoich przeciwnikach, oraz co jest społecznie dopuszczalne. Jeszcze raz Matyja: „Powiedzmy wyraźnie, to nie Kaczyński stworzył idee, które inspirują działania obozu władzy. Dzisiejszy język PiS jest kolażem z Radia Maryja, «Frondy», «Arkanów», «Gazety Polskiej» i «Do Rzeczy», pisma braci Karnowskich i dziesiątek małych grup i pojedynczych publicystów prawicy. Odwołuje się do podejrzliwej niechęci wobec Zachodu i do katolicyzmu używanego jako społeczna dystynkcja oddzielająca dobrych od złych. Korzysta ze zmitologizowanej narodowej historii i dyskredytowania III Rzeczypospolitej” (s. 166-167)”.

Prawie dokładnie rok temu (21 stycznia 2018) w „Tygodniku Powszechnym” ukazał się artykuł o. Ludwika Wiśniewskiego pod zwięzłym tytułem Oskarżam, w którym duchowny podejmuje sprzeciw wobec tego, co dzieje się w polskim Kościele. Twierdzi, że chrześcijaństwo w Polsce umiera, nie wskutek „propagandy libertyńskiej, zabiegów kół masońskich czy międzynarodowych spisków. Chrześcijaństwo wykorzeniamy my sami, duchowni i najgorliwsi członkowie Kościoła, własnymi rękami i na własne życzenie”.

Można się z jego ocenami nie zgadzać, ale czy prawdziwa jest teza, iż „można dziś pluć i deptać ludzi, a równocześnie ukazywać w mediach rozmodloną twarz”? W tekście jest wiele konkretnych przykładów na jej potwierdzenie.

Po takim przedstawieniu sprawy mogę również zostać oskarżony o sianie nienawiści. Byłby to jeszcze jeden przykład, kiedy wykazujemy więcej energii do definiowania, szukania i reagowania na nienawiść. Doceniam wysiłki jej tropienia i unieszkodliwiania, ale nie widzę, jakimi kryteriami posługują się gończy. Jeśli czytamy, że zwalczanie mowy nienawiści jest mową nienawiści lub „mowę nienawiści zastępuje jeszcze bardziej nienawistna mowa miłości”, to mamy do czynienia ze wzrostem anomii, czyli niemożności nazwania rzeczywistości.

Niektórzy proponują, by zamilknąć i uspokoić rozgrzane emocje, co być może stanie się punktem wyjścia społecznego pojednania. Nie wydaje mi się to wykonalne. Pamiętam jeszcze obrazki po śmierci Jana Pawła II, zapewnienia o zgodzie i życzliwym współistnieniu wypowiadane w pełni wzruszenia znad splątanych jednym węzłem szalików Wisły i Cracovii. Niewiele wody upłynęło, kiedy maczetami rozczłonkowywano kibiców z powodu ich przynależności klubowej.

Z drugiej strony są głosy zaostrzające sytuację – na przykład znane powszechnie materiały telewizji publicznej, czy propozycja ustanowienia miesięcznicy na pamiątkę tej śmierci. Nic się nie zmieni, jeśli własne, prywatne nieszczęście zamienione zostaje w publiczne misterium. Nie pomoże to w radzeniu sobie ze stratą i bólem, a sytuacja społeczna nie zostanie przez to uzdrowiona. Byłoby to instrumentalne wykorzystanie niedoli oraz przemianę jej w narzędzie wyrażania politycznych niechęci. Takiego rodzaju instytucjonalizacja wrogości będzie miała negatywny wpływ na społeczeństwo.

Wielkie zło przejawia się często w momentach błahych, nawet nic nieznaczących. Często natomiast wyolbrzymiamy znaczenie wydarzeń, które nikogo już nie ranią, prawie nic nie zmieniają, a jednak wielu poruszają ponad miarę.

Wracając do początku: być może prof. Kieżun czynił rzeczy karygodne, ale prawie nikogo to już bezpośrednio nie dotyczy. Nie da się zmienić przeszłości, nie da się też adekwatnie zadośćuczynić za wcześniejsze szkody. Więc, zamiast kierować uwagę na przypadki, które niczego realnie nie zmienią, zacznijmy dostrzegać zło codzienne, które jest bardzo proste w działaniu i może dotknąć każdego.

Emil Antipow

Autor jest absolwentem politologii i filozofii UJ.
Specjalizuje się w polskiej myśli filozoficznej i społecznej.
Studiował u prof. S. Obirka.

Print Friendly, PDF & Email