Tyłem do przodu

Wielu publicystów, także na SO narzekało, pisząc o systemie szkolnictwa (szkodnictwa?) w Polsce, że nie jest normalną sytuacją, gdy uczeń ma w tygodniu więcej lekcji religii, niż fizyki czy biologii.

Można z tymi głosami polemizować, wskazując, że o ile fizyka czy biologia przy pewnym stopniu rozwoju umysłowego ucznia (i nauczyciela) daje się ogarnąć rozumem, o tyle teologia stanowi wiedzę tak tajemną, że nawet najwybitniejsi jej głosiciele nie raz plączą się w jej gęstwinach, co z kolei każe zwiększać, a nie zmniejszać godziny nauki religii tak, by uczeń, wychodząc ze szkoły, był lepiej przygotowany do życia we współczesnym świecie, co jak wiemy – bez przygotowania teologicznego jest w praktyce niemożliwe.

Na dodatek praktyka dnia codziennego wskazuje, że bez nauki np. historii da się żyć — krowa nie uczy się historii, a żyje i mleko daje, przedłuża gatunek itd., czyli potwierdza zasadność swego istnienia. Bez Sokratesa ludzkość jakoś by przetrwała, bez krowy – z dużo większym trudem.

O co więc ten cały szum?

Ponieważ w ostatnim czasie kilku polityków w ramach płytko pojętej strategii przedwyborczej deklarowało rewizję stosunku państwa do Kościoła, licząc na poklask i głosy omamionych odważnym hasłem wyborców – szukałem, czy któryś z nich próbował choćby skonkretyzować rzucaną w przestrzeń wyborczą przynętę. Nie dostrzegłem.

Bytując od małego na morskim brzegu, zauważyłem, że są ryby, które na pewnym etapie swego rozwoju dają się łapać na goły haczyk, sam próbowałem z dobrym skutkiem.

Najwyraźniej polski wyborca osiągnął właśnie ten etap. Gratulować?

Gdyby jednak komuś śniło się ubranie tych haseł w mundurek konkretów, nie byłoby może od rzeczy zrobić niewielki choćby przegląd dotychczasowych uregulowań na tym odcinku po to, by dostrzec kierunek, w jakim szły i idą. Pomoże to określić kierunek trendu, a nie tylko stosować reakcje incydentalne oderwane od kierunku marszruty, który jest przez drugą stronę doskonale znany i konsekwentnie przestrzegany co – jak nietrudno dostrzec – jest warunkiem sukcesu w długiej perspektywie.

Z drugiej strony – długa perspektywa to rzecz tak obca polskiemu politykowi, że niejeden, gdyby nawet potknął się o nią na ulicy, to nawet przepraszam by nie mruknął, nie mówiąc o dzień dobry.

Ale – pofantazjować można.

Ponieważ zrobienie takiego przeglądu nie wymaga jakiegoś szczególnego wysiłku, a źródła historyczne tego dotyczące nie są utajnione, na razie, przez IPN, zrobiłem próbę pójścia tą drogą ot, choćby dla własnej satysfakcji.

Gdyby moje refleksje – nie daj boże – przeczytał przypadkiem jakiś polityk, z góry najmocniej go przepraszam za zakłócanie spokoju ducha i to w tak ważnym przecież roku wyborczym. W ramach przeprosin podrzucam wyborcze hasło wysmarowane sprajem na jakimś płocie: „Chcemy, żeby k*** było zajebiście!”

Oczywiście – życzę sukcesów.

Rzut oka na regulacje prawne stosunków państwo – Kościół od wieku mniej więcej XVI może stać się ciekawą przygodą, zwłaszcza kiedy stwierdzimy, że ok. 90% zawartych w nich przepisów dotyczy majątku kościelnego. Oczywiście ktoś złośliwy i teologicznie nieprzygotowany mógłby wyciągnąć pochopny wniosek, że to zawsze była dla szerzycieli prawdy chrystusowej sprawa najważniejsza. Ależ skąd!

Swoją drogą mieli ówcześni papieże urwanie głowy nie tylko z krnąbrnymi władcami Polski, ale i z własną kadrą.

Relacja nuncjusza Malaspiny z roku 1598 i instrukcja dla jadącego do Polski nuncjusza de Torres z 1606 roku wyraźnie mówi, że „wśród biskupów w Polsce zdarzały się częste przypadki obsadzania beneficjów drogą różnych wybiegów, nawet podstępów i oszukaństw z pomocą stanu świeckiego, wbrew alternatywom biskupim z naruszeniem prawa kollacyi Stolicy Apostolskiej …”

Konkordaty od wieku XVI po dzień dzisiejszy miały też pewną wspólną cechę – każdy zawierał co najmniej kilka przepisów na tyle nieprecyzyjnych, że dawały możliwość ich reinterpretacji, gdyby akurat zdarzyła się chwila stosowna.

Już po ’89 roku zaszło kilka takich przypadków, kiedy Kościół rozpoczął starania o zwrot majątków kościelnych. W Gdańsku jeden z zakonów zgłosił postulat odzyskania kilku nieruchomości niegdyś do niego należących. Pech chciał, że prezydent Gdańska poprosił o wyjaśnienie sprawy historyków z miejscowego uniwersytetu, a ci bez trudu ustalili, że owszem, wskazane nieruchomości należały w dawnych czasach do zakonu, a nie należą, ponieważ ów zakon je … sprzedał, na co wskazuje choćby zachowany po dziś dzień akt sprzedaży.

Oczywiście tylko podły człowiek podejrzewałby zakonników o próbę małego szwindelku, ot – zwykła pomyłka wynikająca z ludzkiej niedoskonałości i braku wiedzy.

Nie sięgając czasów aż tak odległych, proponuję rzut oka na konkordat z 1925 roku, a więc z czasów tak gloryfikowanej przez obóz rządzący II Rzeczpospolitej, na której ponoć powinniśmy się wszyscy wzorować.

Znajdujemy w nim kilka ciekawych uregulowań. Np. to, że przy obsadzaniu stanowisk biskupich Stolica Apostolska będzie zasięgała opinii prezydenta Rzeczpospolitej w sprawie ew. zastrzeżeń natury politycznej. Pięknie, prawda? Nawet bardzo, gdyby nie drobiazg – ani słowa o tym, że ew. zastrzeżenia SA jest zobowiązana respektować. To tylko jeden przykład braku precyzji. Dość istotny, ponieważ umiały go doprecyzować wszystkie państwa zaborcze, natomiast „wolna i suwerenna” Rzeczpospolita zrobiła w tym zakresie ewidentny krok w tył.

Czy ten krok w tył to incydent, czy trend? Zapytajmy o współczesną obsadę stanowisk biskupich, a zwłaszcza o obowiązującą przed wojną przysięgę: „Przed Bogiem i na Świętą Ewangelię przysięgam i obiecuję, jak przystoi biskupowi, wierność Rzeczpospolitej Polskiej. Przysięgam i obiecuję, iż z zupełną lojalnością szanować będę rząd ustanowiony Konstytucją i że sprawię, by szanowało go moje duchowieństwo. Przysięgam i obiecuję poza tym, że nie będę uczestniczył w żadnym porozumieniu ani nie będę obecny przy żadnych naradach, któreby mogły przynieść szkodę państwu polskiemu lub publicznemu porządkowi. Nie pozwolę uczestniczyć memu duchowieństwu w takich poczynaniach. Dbały o dobro i interes państwa, będę się starał o uchylanie od niego wszelkich niebezpieczeństw, o których wiedziałbym, że mu grożą”.

Może warto to od czasu do czasu przypomnieć? Razem z art. 1320 prawa kanonicznego mówiącym o tym, że papież władny jest zwolnić każdego – w tym biskupa – od wszelkiej przysięgi. Tak na wszelki wypadek.

Zacząłem od sprawy nauczania religii, przejdźmy więc do regulacji tego obszaru dotyczących w konkordacie z 1925 roku.

Art. 13 mówi, że nauczycieli religii mianuje władza szkolna. Ona ocenia przygotowanie kandydata i dopuszcza go do pracy z dziećmi. Nauczyciel taki wskazywany jest (zwykle kilku do wyboru) przez biskupa, ale decyzję podejmuje wyłącznie władza szkolna. Mało tego – biskup obowiązany jest do przedstawienia kandydatur, których kwalifikacje są identyczne z obowiązującymi nauczycieli innych przedmiotów.

Jeszcze ciekawiej brzmi rozporządzenie Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z dn. 9 grudnia 1926 (K. Bartel) dotyczące nauki religii w szkołach. Czytamy tam: „Nauka religii udzielana będzie na podstawie podręczników posiadających prócz aprobaty Ministra Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego aprobatę kościelną …”

To sprawa dość istotna i warta porównania ze stanem dzisiejszym. Wszelkie dyskusje o stopniach z religii na świadectwach, o religii na maturze itp., pomijały dość istotny fakt, że nie było jednolitego programu nauczania we wszystkich diecezjach, co w efekcie sprawiało, że matura z religii przypominałaby totolotka. Uczeń albo trafi na pytanie o rzeczy, których go uczono, albo nie. O równości szans w takim przypadku trudno mówić.

Czy dziś władza szkolna ma w ogóle wgląd w tworzenie podręczników do religii, nie mówiąc już o wpływie na ich zawartość?

Dziś katecheci w szkołach to rodzaj świętych krów, nie do ruszenia przez dyrektora. Mam w rodzinie emerytowaną dyrektorkę szkoły, która na początku lat 90 wyrzuciła katechetkę zdradzającą objawy sadyzmu, co zaowocowało wyklinaniem jej z ambony i nagonką parafialną.

Co ciekawe – nikt z rodziców zgłaszających uprzednio zastrzeżenia do katechetki nie wziął dyrektorki w obronę. Obroniła się sama, ale ile znajdziemy takich wojowniczek? Nie lepiej mieć święty spokój?

Sprawą, która najszybciej potrafi rozognić rodaków, są pieniądze. Może więc warto przypomnieć wywiady telewizyjne z 1990 roku udzielanych przez ówczesnego prymasa Glempa, który zapewniał, że nauczyciele religii nie będą pobierali pensji „bo to przecież misja”. Ten sam prymas kilka miesięcy później głosem nieznoszącym sprzeciwu grzmiał, że „za pracę należy się płaca”. Kilka miesięcy i misja zmieniła się w pracę. Gdybym zapytał, kiedy kłamał, czy doczekałbym się rzeczowej odpowiedzi?

Itd., itd.

Jeśli na serio mówimy o rozdziale (przyjaznym, dlaczego nie?) Kościoła od państwa to, aby móc zaproponować jakieś sensowne rozwiązanie, powinniśmy historię tych stosunków co nieco poznać. Gołym okiem bowiem widać, że w naszych czasach niekoniecznie posunęliśmy się w tej sprawie naprzód. Wiele rozwiązań z 1993 roku jest wręcz cofnięciem się na tej drodze.

Dlaczego? Może za odpowiedź posłuży taki drobny (?) fakt. Nie wińmy polityków za wszystko.

https://kobieta.wp.pl/polka-stulecia-zostala-zakonnica-o-sklodowskiej-curie-i-szymborskiej-zapomniano-6342324801349761a

Jerzy Łukaszewski


Poniżej plakat spektaklu kabaretowego, w którym mocno maczał palce Autor. Rekomendujemy!


Print Friendly, PDF & Email