Chichotki

ECHA WYDARZEŃ: Dzieje się! Pani Isia Radwańska – „Komandorem”, u zawodniczej mety.

Piłkarska Wisła – tyle lat bez zastrzeżeń i wyłącznie z komplementami ciuła pieniądze, by odzyskać pełnię praw. Cena ręki w nocniku – pisałem.

Pruszkowski tor wciąż blisko komornika, a mistrzostwa świata za pasem. Reakcje naprawcze pewnie dadzą doraźnie pozytywny efekt, ale najwyżej wierzyciel znów przypasuje z żądaniami, pojawi się państwowy „przejściowy dzierżawca”, ale będzie to puder, plaster na ranę ciętą…

Wiążę krawat – jeśli wydobrzeję, pójdę na spotkanie Rodziny Olimpijskiej. Dobrze być wśród przyjaciół, oko mieć otwarte, a ucho nastawione. Jest przecież kilka znaków zapytania; nie tylko czas noworocznego toastu i wsłuchiwania się w jakże miły pamięci brzęk medali czasu jednak przeszłego…


Nie rozwijam aktualiów, zostaję przy sygnałach. Czas feryjny, więc wracam na kilkanaście zdań do CHICHOTEK, by nastrój rekreacyjny podtrzymać…

  • Gdy dziś oglądam w Eurosporcie przekazy z wielkich wyścigów i wiem wszystko, co się dzieje – zaczynam trochę zazdrościć panom – Jarońskiemu, Wyrzykowskiemu. Baranowskiemu. Mogą malować tło, bawić się w piękne opisy, podpowiadać, ale nie muszą – jak kiedyś – gonić umykających faktów.

Teraz wszystko widać – w barwie, w zbliżeniu… Ale pamięć podrzuca, że i KIEDYŚ ta tendencja obowiązywała. U NAS! W wydaniu wtedy nowatorskim.

Miał nasz Wyścig własne (z Pragi) laboratorium antydopingowe – w autobusie; nowocześnie medycznie – na tamte czasy – wyposażonym.

Miał i „łapał” –m.in. sławnego potem w Tour de France Abdużaparowa…

Miał nowoczesny pomiar czasu – nasza specjalność.

Sąsiedzi zza Odry dawali do dyspozycji kolumnę aut technicznych (chyba wersja policyjna), które jakoś się nie psuły. Raczkował system radia, Niemcy byli zaawansowani…

Telewizja – TVP, bo miała monopol, próbowała kamer na motocyklach. Radio – Tuszyński, Tomaszewski – już mierzyli się z helikopterową szansą… Transmisje radiowe z aut szybko zrobiły się normą…

Tak, tak… Bez kompleksów, za to w poczuciu, że co dziś norma, kiedyś się za naszą współsprawcą rodziło i kształtowało. Jeśli czegoś żal, to tego, że nie ziścił się Wyścig z udziałem Paryża. A było bliziutko… W pamięci została m.in. wizyta w przesławnym „Lido” … Melodia, taniec, wspaniałe damskie krągłości, ciepławy szampan, zimnawe schabowe, bo jak obsłużyć na raz setki gości…

Do końca swoich dni będę pamiętał obrazek z pierwszych prób łączności radiowej. „Warszawa, Warszawa, tu samochód – jak mnie słyszysz, odbiór…” „Warszawa, Warszawa, gdzie jesteś – w poruchu, czy na postoju”? A stację przekaźnikową widzieliśmy tuż za oknem…

  • Współpraca na podobnej zasadzie to więcej niż pomoc bieżąca. Igrzyska są wielkie, imprezy dzielą dziesiątki kilometrów. Musisz dokonać wyboru i… łapać wieści za uszy. Ten był tam, tamten… Norma. Też do mety będę pamiętał Lowę. Spotkałem go na jakiejś montrealskiej trasie, chciałem, by opowiedział, co wie i co widział… Lowa, fajny, koleżeński facet, bywał lapidarny w opisach. Ale jakże… komunikatywny. Będą dwa brzydkie słowa, bo bez nich opowieść traci sens

Pytam o pierwsze zawody. Odpowiedź: „Chujnia”… Nie wiem, jak nasi, ale wiem – że faworyci Lowę zawiedli…

Pytam o drugie zawody. „Pizdiec”… Wniosek, jak wyżej…

Tyle – na dziś …

avatar

Autor
Andrzej Lewandowski

Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”


Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email