Prawda was wyzwoli?

No dobrze, dalej już tak się nie da. Nie da się przejść obojętnie obok tematu: ksiądz Jankowski — kapelan Solidarności (to z cokołu pomnika księdza prałata). Pomnika postawionego na małym skwerku, niedaleko kościoła św. Brygidy; pomnika, wywołującego ostatnio gorące protesty tych wszystkich, którzy nie chcą się godzić na dalsze zakłamanie, na fałsz i obłudę leżące, ich zdaniem, u podstaw decyzji o budowie tego pomnika.

Dodajmy: zbudowanego ze składek różnych osób – prawnych i cywilnych – w wyniku działań komitetu społecznego.

Zaiskrzyło wokół księdza Jankowskiego po reportażu Bożeny Aksamit w Gazecie Wyborczej opisującego przypadki ekscesów seksualnych duchownego wobec nieletnich, których miał się on dopuszczać w latach, gdy nie był jeszcze proboszczem, a zwykłym księdzem w Gdańsku.

Reportaż spowodował lawinę komentarzy. Przypomniano sprawę jednego z ministrantów i doniesienie do prokuratury, jakie złożył w 2004 roku gdański sąd rodzinny. Prokuratura wtedy sprawę umorzyła, nie dając wiary zeznaniom ministranta. Mimo to biskup Tadeusz Gocłowski pozbawił wówczas Jankowskiego funkcji proboszcza (wprawdzie za treści politycznych kazań, a nie za otaczanie się młodymi chłopcami, ale takie to były czasy).

Stanowisko biskupa Gocłowskiego było konsekwentne – już wcześniej, w 1997 roku zakazał księdzu Jankowskiemu głoszenia kazań. Kazania księdza Jankowskiego, szopki bożonarodzeniowe, w których proboszcz parafii św. Brygidy jednoznacznie komentował bieżącą sytuację polityczną w Polsce — były głośne.

Trudno, aby było inaczej – skoro w kościele św. Brygidy znaki partyjnych formacji tamtych lat stały w jednym szeregu z NSDAP. Jawny antysemityzm księdza Jankowskiego i jego poglądy na polityczną rzeczywistość końcówki lat 90. wywoływały liczne protesty, ale i zachwyty ważnych wtedy ludzi.

Poglądy księdza Jankowskiego to jedna sprawa, a jego interesy to druga. Wszyscy w Gdańsku pamiętamy – przynajmniej ja pamiętam – jak premier Leszek Miler w trakcie pobytu w Gdańsku złożył prałatowi wizytę w jego rezydencji – i w jej trakcie zgodził się na kolejny biznes prałata związany z budową bursztynowego ołtarza, którego wielkość miała przyćmić wielkość zaginionej bursztynowej komnaty.

Ksiądz Jankowski to barwna postać w polskim kościele. Wielki talent do robienia interesów; styl życia, który nie miał w sobie nic z pokory – a wręcz przeciwnie; zamiłowanie do przepychu i bogactwa; próżność jako cecha, która chyba miała kompensować wyraźne braki intelektu i zwykłej wiedzy – to wszystko składa się portret kapłana… jakich było wielu w polskim Kościele.

Ksiądz Jankowski miał jednak cechy szczególne.

Los tak zdarzył, że w strajku, jaki wybuchł w mojej stoczni 14 sierpnia 1980 roku, strajku, w wyniku którego rozpoczął się proces zmiany społecznej trwającej do dziś, ksiądz Jankowski, jako proboszcz parafii obejmującej tereny gdańskiej stoczni, odprawił w niedzielę w trakcie strajku mszę – i tym samym stał się kapelanem „Solidarności”.

No i potoczyło się…

To kolejny dobry przykład jak drobne zdarzenia stają się wielkie. Tak jak przejęcie przez Lecha Wałęsę mikrofonu na wiecu strajkującej grupki robotników stoczniowych z dyrektorem Klemensem Gniechem. Wiecu, który właśnie kończył się wyłonieniem reprezentantów w celu rozpoczęcia rozmów w budynku dyrekcji. A to schwytanie mikrofonu spowodowało całkowitą zmianę sytuacji oraz przejęcie inicjatywy przez strajkujących. Spóźnienie się Wałęsy jeszcze o dziesięć minut mogło całkowicie zmienić przebieg tamtego strajku. Być może byłby to kolejny banalny strajk, jeden z wielu, idących wtedy przez Polskę.

Gdyby mszę odprawił, tak jak był o to przez stoczniowców proszony, ksiądz Bogdanowicz z największego gdańskiego kościoła, to nie byłoby tego zapętlenia, jakie niesie obecnie ksiądz Jankowski. Zapętlenia, które ciąży nad całym ruchem „Solidarności”. Nad poświęceniem, bohaterstwem i walką tysięcy ludzi.

Msza w trakcie sierpniowego strajku, która w tych dniach pełnych napięcia, w niedzielę, gdy nie było wielu ludzi w stoczni, miała funkcję terapeutyczną, dawała nadzieję. Ksiądz, który ją odprawił w zaimprowizowanych polowych warunkach, stał się momentalnie ważny. Dało mu to szansę na tytuł, wypisany na jego pomniku. To jest poza dyskusją. Również i to, że ksiądz Jankowski w czasie trudnych lat stanu wojennego i później pomagał wielu ludziom i środowiskom. Tak było.

Człowiek jest jednak całością. Nie można, w imię pamięci o dobrych uczynkach, udzielania pomocy, najczęściej wyrażającej się w formie przekazania pieniędzy (ksiądz Jankowski miał zawsze dużo pieniędzy) pomijać inne zachowania i czyny.

Ksiądz Jankowski nie stanie przed sądem. Ksiądz Jankowski nie żyje. Prokurator nie może oskarżyć osoby nieżyjącej.

Dlatego też nie zgadzam się z tymi wszystkimi ludźmi, którzy powodowani szlachetnymi zasadami mówią – nie osądzajmy przedwcześnie, poczekajmy na dowody, najlepiej dowody materialne, na wyrok sądu.

Jakiego sądu? – pytam. Sądu archidiecezji biskupa Sławoja Leszka Głódzia?

Jakie materialne dowody? Czy takie, jakie przedstawiła znana Monika występująca w sprawie, w której oskarżonym był urzędujący prezydent najpotężniejszego państwa na świecie?

Tu nie będzie innego wyroku niż wyrok opinii społecznej. Po to, aby mógł on zapaść, konieczne jest powołanie świeckiej komisji, bo przecież nie kościelnej. Nie liczę też na komisje sejmowe, ani tego sejmu ani kolejnych. To może zrobić ciało społeczne reprezentujące mieszkańców miasta, w którym ksiądz Jankowski żył, pracował, działał. To jest potrzebne mieszkańcom Gdańska.

Skoro powstał społeczny komitet budowy pomnika księdza prałata – to niech powstanie społeczny komitet do oceny: kim był naprawdę Henryk Jankowski.

Ja wiem kim był – i nie jest to podstawa do budowania mu jakiegokolwiek pomnika.

avatar


Zbigniew Szczypiński

Socjolog, polityk

Ur. 11 sierpnia 1939 w Gdyni. Poseł Unii Pracy na Sejm II kadencji. Działał w pierwszej „Solidarności”. Po ponownej legalizacji związku od 1991 kierował Ośrodkiem Badań Społecznych w zarządzie regionu NSZZ „Solidarność” w Gdańsku.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email