Trylogia

Istnieją pisarze podobnego formatu. Jednak kiedy ich czytam, nie odczuwam żadnych palpitacji serca. A gdy wracam do jego książek, słyszę słowa o Polsce, której, kiedy kona, trzeba wyszarpnąć poduszkę spod głowy, iżby się nie męczyła.

Słowa jakże aktualne i dziś, kiedy pancerność i egoizm stały się synonimami zaradności.

Znam powiedzonka pana Zagłoby, leciwego franta pełnego wigoru, dowcipu, konceptów i nadzwyczajnych facecji, korpulentnego szlachciury z dziurą w herbie, sercem na dłoni i bielmem na oku.

Widzę księcia Bogusława, dumnego, zmanierowanego, zawzięcie i daremnie emablującego pannę Oleńkę. Czytam o przemianie Kmicica ze zdrajcy, awanturnika, zabijaki, w opatrznościowego męża cieszącego się powszechnym szacunkiem.

Buczę wtedy jak syrena i nie mogę wyjść z zadziwienia, że ja, okrzepły w lekturach wszelkiego autoramentu, obyty w sylabizowaniu książek z różnych stron, reaguję niczym wypacykowana pudernica na rockowym koncercie.

A kiedy podziwiam bogactwo języka twórcy Trylogii, targa mną niesympatyczne przeczucie, że ów kunszt operowania słowem nie ma sensu dla większości dzisiejszych czytelników.

Nie ma, gdyż obecni są zwolennikami uproszczonych wypowiedzi. Chropowatych zdań wypranych z niuansów i aluzji. Pisanych z obskurancką galanterią. Wolnych od puent wykraczających z ram banału. Od puent subtelnych, dyskrecjonalnych i wyczulonych na piękno.

Są fanatykami zajmowania standardowych stanowisk. Stosowania ucukrowanych metafor: niejednoznacznych, czyli asekuranckich. Przedstawiania fabularnej rzeczywistości w kształtach bezrefleksyjnych. Szermowania narracją pozbawioną konkluzji, podczas gdy w epopei Sienkiewicza, co postać, to charakter. A równocześnie – zbiorowisko cech przedstawianej nacji. Zaprezentowanego odłamu społeczeństwa.

To powieściopisarki zapis niezwykle celnych spostrzeżeń. Uogólniony portret złożony z jednostkowych figur, batalistycznych scen i malunków przyrody opisanych lekko i potoczyście, śmigłym piórem i brawurowo: ze znajomością psychologicznych podszewek.

*

Trylogię pisał w odcinkach. Kiedy w warszawskim Słowie i krakowskim Czasie ukazywał się nowy fragment Ogniem i mieczem, w domach rozpoczynała się impreza pod wezwaniem WSPÓLNA LEKTURA.

Gazeta była jedna, a amatorów poznania powieści – wielu, więc, by uniknąć wyrywania jej sobie z rąk, cała rodzina siadała przy stole i głowa rodu robiła za lektora. A reszta piła mu z warg. Zaciekawiona, przejęta, z wypiekami na twarzach, brała udział w przygodach swoich bohaterów, dzielnego zawadiaki Kmicica, nieszczęśliwego Bohuna, Pana Wołodyjowskiego o sercu ze złota i szabli jak śmierć.

Nieznani mu ludzie wysyłali błagalne listy, by nie uśmiercał Longinusa Podbipięty. Z odcinka na odcinek rosła więc popularność pisarza i otoczony był coraz większą estymą.

W Zbarażu nazwano jego nazwiskiem jedną z ulic. Anonimowy admirator twórczości Pana Henryka przekazał mu sporą sumę (15 tys. rubli), z której to sumy powstało stypendium przeznaczone artystom zmagającym się z gruźlicą (skorzystali z niego min. Konopnicka i Wyspiański).

*

Jakoś nie wadzą mi sienkiewiczowskie pojmowanie roli Wiśniowieckiego w naszych dziejach, co tak sumiennie wypunktował Bolesław Prus. Co podkreślał Gombrowicz i co zauważyło wielu krytyków jego pisarstwa. A nie przeszkadzają, gdyż – jak to z oczadziałymi bywa – nie widzę niczego poza swoim kochaniem: jestem zaślepiony niepowtarzalnością sienkiewiczowskiego stylu.

Wiem, nie jest to teraźniejsza zaleta; bezkrytycznie poruszam się i krążę dookoła swojej miłości jak koń w kieracie. Z klapami na oczach, przytroczony do uwielbienia, słucham głosów z oddalających się wspomnień.

Słyszę też dzisiejsze recenzje, przeważnie sklecone na odtrąbionego, pod wpływem przelotnych emocji i pochopnych ocen; wówczas powstaje we mnie mętlik wzajemnie sprzecznych ocen.

Pierwsze, należące do moich wspomnień, pozwalają mi durzyć się w jego Trylogii, przykazują śledzić wydarzenia, podążać za Zagłobą i jego skomplikowaną naturą: raz widzieć w nim Falstaffa, warchoła zdolnego do wszczynania burd, zawołanego kolorystę, chodzący gąsiorek z miodem, mistrza nieprawdopodobnych opowieści zmyślonych na poczekaniu, to – zależnie od opisywanej sytuacji – poznać go odważnym, sprytnym jak Ulisses, bogatym w fortele szlachcicem, na którym można polegać.

Drugie, przynależne dobie obecnej, sądzą Sienkiewicza surowo: z szydliwym okrucieństwem i zakamieniałą dezynwolturą. Przedstawiają jako niestrawnego nudziarza i konserwatywnego moralizatora. Co mnie boli, gdyż w trakcie szukania przyczyn tak krzywdzących opinii, uświadamiam sobie ich źródło.

I stwierdzam, że sprawcą jest wymoczkowaty duch naszych czasów. Czasów wypełnionych ludźmi pobieżnymi. Ludźmi niezdolnymi pojąć, w jakach warunkach dzieła te powstawały i czemu miały służyć.

Sienkiewicza pokonał język: staropolszczyzna, która jest – dla młodego czytelnika -za skomplikowana. Roi się od niezrozumiałych wyrażeń. A to drażni, prowokuje do wzgardliwego odrzucenia utworu. Skwitowania go wyniosłym rżeniem.

Zdania Trylogii są pełne stylistycznych figur i mistrzowskich porównań. Są za bardzo złożone: szybko męczą zblazowane oko nawykłe do braku koncentracji.

Lektura dłuższa, niż paruminutowa, wyzwala uczucia zniechęcenia i bezradności, uniemożliwia skupienie i wytrwanie w podążaniu za myślą autora; z tego to powodu dzieła Sienkiewicza przechodzą do literackiej kanciapy z przestarzałymi cymesami.

To, że autor Trylogii jest mistrzem sugestywnego opisu, niezrównanym i doskonałym słowiarzem, wiadomo. U Sienkiewicza wszystko jest zrozumiałe, bliskie i nic mi nie przeszkadza, bo liczy się cel: wszczepienie narodowi otuchy, optymizmu, przekonania, że nie ma takiej opresji, z której nie można wyjść obronną ręką i z podniesionym czołem, że nawet w chwilach zagrożenia jest nadzieja na powrót do zaprzepaszczonej Ojczyzny.

Książki tworzone przez niego są FAMILIJNE. Przeznaczone do czytania w gronie rodzinnym. Począwszy od starców ogrzewających kości w ogniu reminiscencji, a na małolatach pod nieistniejącym wąsem skończywszy.

Każdy wiek miał z nich swoje satysfakcje. Starzy – umiłowanie Ojczyzny, nadzieję i pokrzepienie serc, wiarę w odrodzenie i ziszczenie marzeń, młodzi – bitwy, galopady i dziewiętnastowieczne westerny.

A że teraz rodzina jest w rozsypce i widzi się ją w komplecie tylko podczas ślubów i pogrzebów, że ceremonia czytania na głos należy do sporadycznych wydarzeń, nieobytemu w historii odbiorcy Sienkiewicza, kolesiowi przysposobionemu do powierzchownych i nietrudnych przeżyć, szwankuje wyobraźnia i plączą się synapsy; edukowany na jego powieściach, rozumiem wyrazy takie jak honor i miłość do kraju – inaczej, niż współcześnie.

Obyczaj wspólnego czytania zdechł razem z uwiądem międzyludzkich więzi. Rodziny wielopokoleniowe i familijne życie zostało zastąpione przez telewizyjnie czy komputerowe pierepałki. Jesteśmy już nie sami swoi, ale sami obcy; zaganiani rodzice nie rozmawiają z dziećmi, dzieci nie rozmawiają z rodzicami. Brat nie brat, siostra nie siostra, bliscy niegdyś, teraz są dla siebie skwaszonymi rywalami. Wrogo do siebie nastawionymi przeciwnikami lub przeciwniczkami. Zagrożeniem w galopadzie do michy, apanaży i kasy.

Marek Jastrząb

Print Friendly, PDF & Email