Chichotki

ECHA WYDARZEŃ: Nawet na starość człowiek podlega komenderowaniu. Chciałem pozachwycać się skoczkami na nartach oraz pokłócić z tymi, którzy gaworzą, że to nisza sportu i nasze podniecanie się tchnie prowincjonalizmem, ale temat muszę odłożyć.

Ci, którzy moje wpisy upowszechniają, dali znać, że… życzą sobie „Chichotek”. Bo święta, bo spraw poważnych tyle na głowach, które pękają ze strachu przed podwyżkami; bo karp, pierogi itp., więc wypada to podkreślić uśmiechem słownym, a nie jakąś tam „publicystyką”. Pan każe- sługa musi, jako tzw., wkład społeczny…

Zaczynam od Wyścigu Pokoju. Tego, który różami wymościł naszemu kolarstwu drogę do sławy i… wprowadził określenia obowiązujące do dziś. Peleton… Baliczek- paczka żywnościowa na drogę. Czasówka- indywidualne zmaganie ze stoperem…- oba z czeskiego, jakieś „poręczne”, gdy np. Anglik prosi kelnera o baliczek, zaś Francuz dyktuje styl czasówki np. w Vuelcie…

Więcej — dla mnie wciąż „spanielski ptaczek” z Pragi jakoś znaczy więcej niż nasz „zraz zawijany” … Mimo że uwielbiam.

Pamięć zachowała wiele obrazków. Wśród nich ten z Kijowa. Koło którego dymił Czarnobyl, a strach świata przed skutkami kataklizmu był przerażający. A co dopiero w kolarskim światku, który TAM zjechał, by zacząć imprezę. Bezsensownie, bo były pomysły innej reakcji, ale…

Wielu spasowało, sędziowie też woleli zostać w domu, nawet głównego mianowano awaryjnie. Bało się i dziennikarskie grono, strach czasem głusząc… znanymi sposobami.

Żeby polać trochę oliwy na fale, ja (tzw. współdyrektor, jeden z kilku) zażądałem zbadania mojej osoby. Czymś tam mnie sprawdzali… Do dziś mam zaświadczenie, które nawet w Międzynarodowej Federacji stało się sensacją Taki to a taki, obywatel polski – „prakticzeski zdarow”. I pieczęć wielka, jak trzeba…

Jednym z najważniejszych zadań przed startem jest ustalenie listy startowej. Numery, po których będzie się poznawać kolarzy, imiona, nazwiska… Takie zadanie raz przypadło Wojtkowi. Przekazał do firmy, a po chwili telefon-do mnie: Mongołowie są bez imion. Ja do Wojtka, a on: „Szefie, bo w Mongolii nie ma imion, same nazwiska” … Szybko okazało się, że mają też imiona…

Mieliśmy przygodę. Właściwie dwie. Na Okęciu, wracając z Kijowa fantazyjnie lądujący pilot, już podczas kołowania statecznikiem o coś zawadził. Gorzej było, gdy „Wyścig leciał” z Pragi do Moskwy. Wielka maszyna wpadła w jakąś potworną dziurę w powietrzu i przez pewien czas nie chciała słuchać załogi. Bagaż poleciał. Nieco uszkodził czyjąś głowę, ale człowiek-pilot szybko pokonał przeszkodę…

No, emocje były… Okazuje się, że … nie dla każdego. Opowiadam potem pilotowi, gen. Władysławowi Hermaszewskiemu (starszy brat kosmonauty), a on opowieść przyjmuje „między kanapkami”. „Ale przecież skrzydła nie odeszły; takie dziury się zdarzają”. Fakt- nie odeszły. Steward nawet się specjalnie nie wystraszył, a akurat podawali posiłek… „Nu, i wsio: Pozbierał noże i widelce…”.

Będą dwa odskoki — do boksu.

Pierwszy — bardziej prywatny. Kiedyś spotykaliśmy się imieninowo. Od kolegi „Gargamela” dostałem butelczynę. Na etykiecie- informacja, że to przedni koniak made in France.

Polałem. Jeden gość wypił i zrecenzował: „Jednak, co francuskie, to francuskie”. Doktor Jurek, wspaniały chirurg i znany w świecie wielkiego boksu działacz też skosztował. „Bieszczady, dobra robota, bardzo dobra” … Wciąż TO pamiętam. Jak bogate kanapki, które Jurek przynosił podczas igrzysk zgłodniały żurnalistom. Oni „na dietach”, ON – w restauracji wioski olimpijskiej. Każdy — co chce i ile chce. Pewna ręka, świetna głowa, złote serce…

Feliks Stamm był także wzorcem poczucia humoru. Do tego świetnie opowiadał anegdoty żargonem, który tak wspaniale naśladowali panowie Dziewoński, Brusikiewicz, Kobuszewski… „Lubartów czysta czydzieści czy”…

Podobno w Cetniewie Papa Felo chętnie zaczynał dzień takim dialogiem z Pawłem Szydłą, swoim pierwszym pomagierem…

— „Paweł, po yle dzisiaj?
— „Po jedenaszcze…”
— „Paweł — a co po jedenaszcze?”
— „A co Felu — po yle?…

DALEJ:

Kiedyś, u zawodowego schyłku, a przełożeni chcieli „oszczędzić etat”, społecznie doradzałem Stefanowi Paszczykowi, wtedy szefowi sportowej administracji. Coś tam „z siebie” zostawiliśmy z Marianem Woroninem i Danusią Straszyńską… Ze dwa razy zdarzyło się, że z racji funkcji zostałem zaproszony „na śledzika, a może na jajeczko” … na Pragę, do gospodarzy w sutannach. Było bardzo, bardzo miło, a stół jakby „mało-postny”. Trochę się zdziwiłem i cichcem zadałem pytanie o zgodność z doktryną. Usłyszałem coś tego- że każda reguła musi mieć wyjątki, inaczej by była martwa…

***

Przypadło mi to- wyznam- do gustu. I tym śladem podążając, życzę WSZYSTKIM – UDANYCH ŚWIĄT!

Tym, których lubię oraz szanuję – z tysiącprocentowym przekonaniem. Tym, którzy mnie wkurzają- na zasadzie wyjątku od reguły, i w nadziei, że jednak zmądrzeją! Wiem, nadzieja matką i tak dalej…

avatar

Autor
Andrzej Lewandowski

Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”


Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email